PARAFIA ŚWIĘTEGO MICHAŁA           ARCHANIOŁA W KONIECPOLU

Serce JEZUSA…

czyli

poznaj znaczenie wezwań Litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa

 

Serce Jezusa, Syna Ojca przed­wiecznego
W pierwszych trzech wezwaniach litanii uwielbiamy Najświętsze Serce Jezusa w Jego Boskim i ludzkim pochodzeniu. Najpierw zastanowimy się nad tym, że nasz Zbawiciel jest Synem Ojca przedwiecznego. Tajemnica Trójcy Świętej to jedna z najtrudniejszych tajemnic w naszej wierze. Najwięksi chrześcijańscy myśliciele, filozofowie i teologowie, tacy jak św. Augustyn, niewiele zdołali nam z tej tajemnicy wyjaśnić, gdyż przechodzi to możliwości ludzkiego rozumu. Trójcę Przenajświętszą przedstawiamy sobie w ten sposób: Bóg Ojciec zna siebie doskonale. Poznanie to nie jest czymś przypadkowym, ale czymś istotnym. Jest nim właśnie Syn Boży, nazywany też Mądrością Bożą albo Słowem Bożym. Ojciec i Syn miłują się nawzajem, stąd pochodzi Duch Święty. Syn Boży dla odkupienia rodzaju ludzkiego przyjął ciało ludzkie i narodził się człowiekiem. Anioł zwiastujący Jego przyjście kazał go nazywać Jezusem. Hebrajskie słowo Jezus oznacza Zbawiciel, a więc już samo Jego imię mówi o celu przyjścia Syna Bożego na ziemię. Jezus ma jeszcze jedno imię: Chrystus – co oznacza: Namaszczony, czyli ktoś przeznaczony do specjalnej Bożej misji. W Izraelu, jak wiemy, namaszczano kapłanów i królów. Przychodzącego na ten świat Syna Bożego witają aniołowie śpiewem: Chwała na wysokości Bogu. Dwunastoletni Jezus w świątyni jerozolimskiej mówi do Maryi i Józefa: „Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”. W czasie chrztu Jezusa nad Jordanem i podczas przemienienia na górze Tabor dał się słyszeć głos Boga Ojca: „Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie”. Również Jezus mówił o sobie: „Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu”. Gdy św. Tomasz prosi Mistrza, aby im, apostołom, pokazał Ojca, Jezus odpowiada mu: „Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto mnie zobaczył, zobaczył także i Ojca” . Zapytany na sądzie przez Kajfasza, czy jest Synem Bożym, Jezus zdecydowanie to potwierdza, chociaż wie, że za tę wypowiedź będzie musiał zapłacić życiem. Śmierć Jezusa była przypieczętowaniem wszystkiego, co o sobie powiedział. Temu to Synowi Bożemu, który z miłości ku nam stał się człowiekiem i zstąpił na ziemię, winniśmy cześć najwyższą. Kochajmy i uwielbiajmy miłujące Serce Jezusa, przebite włócznią żołnierza. Mamy czcić to Serce, nie oddzielając Go jednak od Osoby Pana Jezusa, jakby ono było jakąś relikwią – owszem, bardzo cenną, ale relikwią, jakbyśmy czcili krople Jego krwi na kalwaryjskiej drodze albo Drzewo Krzyża. Nasze Nabożeństwo skierowane jest do żyjącego Jezusa, który kocha nas swoim Sercem. Ale nie tylko to fizyczne, Bosko – ludzkie Serce chcemy w tym nabożeństwie uczcić. Serce jest symbolem miłości. Chcemy uczcić właśnie tę miłość naszego Zbawiciela, która sprowadziła Go na ziemię, zaprowadziła na krzyż i dała nam Eucharystię. Na te i inne jeszcze objawy miłości Zbawiciela nie możemy być obojętni; musimy starać się odpowiedzieć na nie miłością. Najsłodsze Serce Jezusa nigdy nie jest zmęczone w miłowaniu nas mimo naszej niewdzięczności. Będzie nas kochało nadal, jeśli tylko ni odwrócimy ile od Niego, popadając w grzech śmiertelny. Uczucia ludzkie nie są wieczne: czas je ostudza, a śmierć zrywa. Nie tak jest z miłością naszego Zbawiciela. On nas kocha i będzie nas kochał nawet, gdy umrzemy; wtedy nas obdarzy stałą, wieczną miłością.

Serce Jezusa w łonie Matki-Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone
W tym wezwaniu rozmyślaliśmy o Boskim pochodzeniu Jezusa Chrystusa i o Jego nieskończonej wiecznej miłości. Obecnie będziemy mówić o Jego ludzkim, czasowym pochodzeniu, o Jego stworzonej, ludzkiej miłości. Jest to jedyne wezwanie w litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa, w którym wymieniona jest Maryja, Matka Jego. Wspominając Jej wielkie przywileje: macierzyństwo i dziewictwo, mamy okazję oddać Jej całą należną cześć i miłość. To bardzo słuszne, że Maryja nie jest w tej litanii pominięta; łączą Ją bowiem z Jezusem Chrystusem ścisłe więzi. Ona dała Mu życie ludzkie, którego wcześniej nie miał.  Jest Matką Słowa wcielonego, które nie tylko zamieszkało w przybranej ludzkiej naturze, ale wzięło ją sobie na stałe, na wieki, jako własną drugą naturę. W chwili zwiastowania rzekł anioł do Maryi: „Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego Cię osłoni”. Zatem Duchowi Świętemu przypisujemy to, że Maryja będąc dziewicą mogła zostać matką. Przypisujemy tę rolę Duchowi Świętemu, ponieważ w tym dziele szczególnie widoczna jest miłość Boża. Dokonało się ono przez miłość, a więc ma szczególny związek z Duchem Świętym, który jest istotową Miłością – między Ojcem i Synem. Zauważmy, że w Jezusie Chrystusie, wcielonym Synu Bożym, istnieje tylko jedna Osoba Boska, będąca ostatecznym, ontologicznym podmiotem dla Jego obu natur: natury Boskiej i ludzkiej. Natury te są złączone, ale nie zmieszane. Nie jesteśmy w stanie w pełni tej tajemnicy zrozumieć. Ale pewne zjawisko w świecie fizycznym może nam tę prawdę nieco zilustrować: gdy na przykład do szklanki z wodą wlejemy oliwy, obie substancje będą razem w jednej szklance, ale nigdy całkowicie się nie zmieszają. Jezus Chrystus chciał mieć za matkę czystą dziewicę, „Niepokalanie Poczętą”. Przyszedł na świat, aby uwolnić ludzi od grzechu, nie mógł więc dopuścić, aby Jego Matka była skażona grzechem, choćby pierworodnym. Jezus Chrystus jest potomkiem Adama, ponieważ Matka Jego była córką Adama. Jednocześnie jednak nie był potomkiem Adama, lecz był nowym Adamem, gdyż nie mając ojca na ziemi, nie dziedziczył żadnej zmazy grzechowej przekazanej nam przez naszego praojca Adama. Maryja dała życie naszemu Zbawicielowi. Jej krew płynęła w Jego żyłach. Krew ta jest ceną naszego zbawienia i będzie uświęcać świat aż do skończenia wieków. Serce Maryi przez szereg miesięcy regulowało bicie Serca Jezusa. Przez Maryję niezawodnie trafiamy do Jezusa. Ona to w Kanie Galilejskiej powiedziała: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

Serce Jezusa, nieskończonego ma­jestatu
Wezwanie to jest konsekwencją poprzednich wezwań. Zbawiciel nasz jest nieskończonego majestatu, ponieważ jest Synem Bożym. „Nawet gdyby cała mądrość wszystkich ludzi i aniołów razem się złączyła – mówi św. Gertruda – nie byłaby zdolna uformować jednego słowa, które mogłoby oddać nieskończony majestat Jezusa”. Majestat jest to pewnego rodzaju doskonałość, wielkość, autorytet, który podświadomie nakazuje szacunek. Tytuł ten nadawany jest władcom, królom, papieżom. Godność ta należy się Chrystusowi, który będąc Bogiem, jest przez to samo największym monarchą, jaki kiedykolwiek ukazał się światu. Jezus jest pełen majestatu w życiu i w śmierci. Był pełen majestatu, gdy uczyniwszy pierwszy cud w Kanie Galilejskiej, wprawił wszystkich w milczący podziw. Gdy wyrzucał przekupniów ze świątyni, a nikt nie śmiał Mu się sprzeciwić. Gdy rozkazywał szatanom, by natychmiast zostawiały swoje ofiary, podczas gdy tłumy z trwogą powtarzały: „Któż On jest, że i duchy nieczyste są Mu posłuszne?”. Jezus był odziany w majestat, gdy na górze ogłaszał swoje błogosławieństwa dla wszystkich pokoleń i wszystkich wieków; również wtedy, gdy wymawiał swoje straszne: „Biada wam”, przeciw obłudnym faryzeuszom. Jakież Jezus musiał robić wrażenie, gdy bez cienia strachu odchodził od tych, którzy trzymając w rękach kamienie, chcieli Go pozbawić życa. Również wtedy, gdy jednym zwykłym słowem wywołał z grobu Łazarza albo gdy przywrócił do życia młodzieńca z Nain i córkę Jaira. Wprawił w przestrach apostołów na jeziorze Genezaret, gdy nakazał wiatrom i burzy milczenie. Jakimż szczęściem, nie dającym się wyrazić, napełnił serca swoich uczniów, gdy na górze Tabor pokazał im blask swojej nieziemskiej chwały! Jeszcze wyraźniej majestat Jezusa przejawia się w czasie Jego męki. Stojąc przed ludzkimi sędziami, Jezus ogłasza się najwyższym, Boskim sędzią, wzbudzając gniew wszystkich swoich wrogów. Jak majestatyczne było Jego milczenie przed Piłatem i przed Herodem! Na Kalwarii ujawnił się majestat Jezusa, gdy prosił Ojca o darowanie grzechów swoim katom oraz gdy zapewniał dobrego łotra, że jeszcze tego samego dnia będzie z Nim w raju. Ile majestatu było w Jego śmierci! Towarzyszące jej cuda głosiły Jego Boskość i wielkość. Majestatyczny pokój tej śmierci nawrócił pogańskiego setnika. Największym blaskiem Boskiego majestatu Chrystus niewątpliwie zajaśniał w chwili swego zmartwychwstania. Dokonało się to bez świadków. Natomiast Chrystusa, wstępującego do nieba na górze Oliwnej, widziało kilkaset obecnych tam osób. Najwyższy majestat Chrystusa okaże się ponownie na końcu świata, kiedy przyjdzie On sądzić żywych i umarłych, przynosząc dla jednych wieczne zbawienie, a dla drugich potępienie. Po cudownym połowie ryb, św. Piotr olśniony wielkością Chrystusa, powiedział: „Odejdź ode mnie. Panie, bo jestem grzeszny”. A my, świadomi dobroci Bożego Serca, powtórzmy za innym uczniem: „Panie, pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Pójdę pełnić Twoją wolę każdego dnia i każdej godziny.

Serce Jezusa, świątynio Boga
Temat tego wezwania, jak i dwu następnych, wzięty jest ze Starego Testamentu. Serce Jezusa przyrównane jest to świątyni jerozolimskiej zbudowanej przez Salomona. Świątynia ta jest figurą Serca Pana Jezusa. Co to znaczy, że jest figurą? Mówimy, że Izaak niosący drewno i wchodzący na górę, na której miał ponieść śmierć, jest figurą Chrystusa, niosącego krzyż na górę Kalwarii. Mówimy, że Arka Noego jest figurą Kościoła, dającego ludziom zbawienie. Takich figur jest w Starym Testamencie dużo. A więc figura to jakby symbol lub proroctwo wypowiedziane nie słowami, lecz poprzez jakiś czyn albo osobę. To obraz lub wydarzenie mające miejsce w Starym Testamencie, a przepowiadające coś, co stanie się w Nowym Testamencie. Świątynia jerozolimska była przez Żydów uważana za miejsce święte, za mieszkanie Boga. Świątynia Salomona została zbudowana tysiąc lat przed narodzeniem Chrystusa Pana. Pracowało przy niej, w milczeniu i w ciszy, wiele dziesiątek tysięcy robotników przez siedem lat. Kamienie odpowiednich wymiarów przygotowywano w kamieniołomach. Świątynię tę uważano za jeden z siedmiu cudów ówczesnego świata. Poświęcenie jej trwało siedem dni. Po uroczystej modlitwie króla zstąpił z nieba tajemniczy ogień, który spalił ofiary przygotowane na kamiennym ołtarzu. Tajemnicza mgła napełniła świątynię, a do Salomona Bóg powiedział: „Poświęciłem ten dom, aby w nim zawsze czczone było moje imię”. Odtąd każdego rana i wieczora składano tutaj Bogu ofiary ze zwierząt. W miejscu najświętszym wszystko było ze złota. Złotą blachą obita była Arka Przymierza, jak również dwie figury cherubów zdobiące Arkę. Złoty był siedmioramienny świecznik, ołtarz pokładny, a nawet podłoga. Było tam także niemało drogich kamieni. Wszystkie bogactwa, które Salomon w tej świątyni nagromadził, są figurą, obrazem doskonałości Bożego Serca. Czym jednak jest złoto, srebro i drogie kamienie w porównaniu z darami, którymi Boskie Osoby napełniły Najświętsze Serce Jezusa? Ono jest świątynią ozdobioną wszelkimi doskonałościami naturalnymi i nadnaturalnymi. W tej świątyni odbiera Bóg hołdy godne Jego Boskiego majestatu.
Najświętsze Serce Pana Jezusa poświęcone zostało w sposób daleko doskonalszy niż świątynia Salomona. Nie przez ogień, zstępujący z nieba, ani przez tajemniczą mgłę, ale przez samą Boskość, która je wypełnia i przenika. Poświęcone zostało nie obrzędem, choćby najświętszym, lecz głosem Boga Ojca: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Wszystkie ofiary składane w świątyni Salomona były tylko figurą ofiary nieskończonej, która się spełniła w Sercu Jezusa – ofiary, jaką wcielony Syn złożył za nas Ojcu niebieskiemu. Świątynia Salomona była jedynym miejscem kultu narodu żydowskiego. Najświętsze Serce Jezusa jest też jedyną doskonalą świątynią Boga. Chrystus sam nazwał je świątynią. Gdy Żydzi domagali się od Niego znaku, dowodu, iż ma prawo troszczyć się o świątynię w Jerozolimie, Jezus wskazując na siebie, powiedział: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach ją odbuduję”. Serce Jezusa składało Bogu Ojcu nieprzerwanie ofiary doskonałe. Płonął w Nim ogień miłości, jak na ołtarzu w świątyni jerozolimskiej. Jezus pragnie, abyśmy do Jego ofiar dołączyli nasze modlitwy, aby On mógł je razem ofiarować Ojcu. Czy nasze modlitwy są takie, że mogą być przez Syna ofiarowane Ojcu? Zastanówmy się nad tym odmawiając nasze codzienne modlitwy.

Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios
W wezwaniu tym posłużył się Kościół słowami patriarchy Jakuba, wypowiedzianymi po widzeniu tajemniczej drabiny. Przypomnijmy sobie tę historię. Jakub, syn Izaak, uciekając przed gniewem swego brata Ezawa, zatrzymał się w miejscowości Luz, by przenocować. Tej nocy miał dziwny sen: „…ujrzał drabinę opartą na ziemi, sięgającą swym wierzchołkiem nieba, oraz aniołów Bożych, którzy wchodzili w górę i schodzili na dół. A oto Pan stał na jej szczycie i mówił: Ja jestem Pan, Bóg Abrahama, Bóg Izaaka. Ziemię, na której leżysz, oddaję tobie i twemu potomstwu. […] wszystkie plemiona ziemi otrzymają błogosławieństwo przez ciebie i przez twych potomków. Ja jestem z tobą i będę cię strzegł, gdziekolwiek się udasz; […] nie opuszczę cię, dopóki nie spełnię tego, co ci obiecuję. A gdy Jakub zbudził się ze snu, pomyślał: Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem […] Prawdziwie jest to dom Boga i brama do nieba!ť. Wstawszy więc rano, wziął ów kamień, który podłożył sobie pod głowę, postawił go jako stelę i rozlał na jego wierzchu oliwę. I dał temu miejscu nazwę Betel” [czyli Dom Boży]. Bóg tym widzeniem pokrzepił Jakuba i natchnął nadzieją. Drabina była symbolem Bożej opatrzności. Bóg stał na jej szczycie, to znaczy, że Bóg jest początkiem i końcem wszystkiego. Aniołowie to słudzy opatrzności Bożej. Zanoszą do Boga nasze prośby, przynoszą od Niego łaski. Widzenie było dla Jakuba obietnicą opieki Bożej, a dla świata zapowiedzią zbawienia mesjańskiego. Serce Jezusa jest domem Bożym, prawdziwym domem Bożym na ziemi. Jest miejscem świętej obecności Bożej, która błogosławi, pociesza i zbawia. W najświętszym Sercu Jezusa w przedziwny sposób sprawdzają się obietnice, które Bóg uczynił Jakubowi i patriarchom. W Najświętszym Sercu Jezusa są rzeczywiście błogosławione wszystkie narody ziemi, w Nim spełnia się dobroć i miłość Boga wobec nas. Gdy znajdziemy się przed tabernakulum, nie musimy drżeć z lęku jak Jakub, powinniśmy natomiast ożywić naszą miłość i ufność, aby czuć się w tym miejscu dobrze i bezpiecznie. Najświętsze Serce Pana Jezusa jest bramą nieba. Jest pomostem między ziemią a niebem. Mamy przez Nie zdążać do nieba, to znaczy, czynić wszystko z miłości i z dobrą intencją. O wartości czynu ludzkiego decyduje intencja. Niepozorny dobry czyn, spełniony w dobrej intencji dla Boga, może być bardzo zasługujący. „Kubek wody podany bliźniemu dla imienia Mego, nie będzie bez zapłaty” – powiedział Chrystus. Natomiast wielkie dzielą, dokonane z heroicznym wysiłkiem, ale tylko dla przyjemności albo dla zadowolenia własnej ambicji, nie mają u Boga żadnej wartości. Pan Bóg tylko to nagradza, co jest dokonane dla Niego i dla bliźniego, podobnie jak pracodawca płaci tylko za to, co jest wykonane według jego życzenia. Wzbudźmy w sobie intencję, że wszystkie nasze prace będziemy wykonywać zawsze tylko dla chwaty Bożej, z miłości do ludzi i do Bożego Serca. Ponawiajmy tę intencję każdego dnia przy porannym pacierzu.

Serce Jezusa, gorejące ognisko mi­łości
Tego wyrażenia użył Jezus: „Przyszedłem ogień rzucić na Ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”. Duch Święty zstąpił w Wieczerniku na apostołów pod postacią ognia, chcąc zaznaczyć siłę i intensywność miłości, którą tego dnia zostali przeniknięci. Zapaleni tą miłością mieli iść w świat i szerzyć wzniosłe zasady Ewangelii Chrystusowej. Św. Małgorzacie Marii Alacoque zjawił się Chrystus cały w ogniu: „Pewnego dnia – mówi Święta – nasz Pan przedstawił mi się cały promieniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran. Z Jego piersi, która była podobna do gorejącego ognia, wychodziły na wszystkie strony płomienie. Jezus odkrył szatę, ukazując swoje Serce, które było źródłem tych płomieni, a były one tak gorące, że obawiałam się, iż mnie pochłoną i spalą na popiół”. To bardzo znamienne, że właśnie w ten sposób Zbawiciel chciał przedstawić św. Małgorzacie bezgraniczną, niezmierzoną siłę swojej miłości. O miłości Bożej względem człowieka mówi cały świat, stworzony dla człowieka, ale Bóg chcąc w jeszcze doskonalszy sposób okazać nam swoją miłość, posłał na ziemię swego Syna. Szczytem miłości Jezusa była męka i śmierć na Golgocie. O tej męce Zbawiciel myślał przez całe swe życie. Jakże często mówił o niej do apostołów: „… Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”. Jezus, kochając nas, pragnie wzajemnej miłości. Na pewno w dniach Jego ziemskiego życia Serce Jezusowe napełniło się nieraz goryczą, gdy widział wokoło siebie tylu ludzi obojętnych, a nawet wrogo do Niego usposobionych. Jezus pragnie naszych serc, tak jak człowiek kochający pragnie wzajemności. „Mam wszystko – powiedział do św. Mechtyldy brakuje mi tylko serca człowieka”. „Lecz, o Panie, cóż dobrego możesz znaleźć w biednym sercu ludzkim, w którym jest sama nędza i nie ma nic godnego kochania?” – dziwi się św. Mechtylda. A Chrystus jej odpowiedział: „Gdybyś ty wiedziała, jak jestem pochłaniany pragnieniem, aby być kochanym, nie odmówiłabyś Mi niczego, aby mnie zadowolić”. Św. Mechtylda wzruszona tymi słowami, a także wyrazem twarzy Chrystusa, na której malowało się głębokie cierpienie, zalewała się łzami. Jezus powiedział jeszcze do św. Małgorzaty Marii: „Oto Serce, które tak ukochało ludzi, że niczego nie szczędziło, aby udowodnić swoją miłość. Nie znajduję jednak prawie nikogo, kto by usiłował ugasić moje pragnienie”. Jakże wzruszają nas te skargi Jezusa. Czy i my będziemy opierać się Jego miłości? Gdy pomyślimy, kim jest Jezus, a kim my jesteśmy, naszą obojętność trudno jest pojąć. Bądźmy przekonani, że sprawimy wielką radość Bożemu Sercu, gdy Mu okażemy choć trochę miłości: gdy Go pozdrowimy jakimś aktem strzelistym, gdy wstąpimy do kościoła, aby Mu złożyć krótką wizytę, gdy zdobędziemy się na umartwienie z miłości do Niego. Jezus odszedł z tej ziemi dopełniwszy swojej odkupieńczej misji. Jednak zapowiedział: „Nie zostawię was sierotami”. Spełnia tę obietnicę, pozostając z nami w Eucharystii. Tutaj przebywa nadal, miłując nas i oczekując naszej miłości. Jest niemożliwe – mówią święci – aby ktoś zbliżywszy się do tabernakulum i adorując przez chwilę – nie otrzymał Bożego błogosławieństwa. Są osoby, które mają zwyczaj przez dłuższy czas pozostawać przed Najświętszym Sakramentem nic nie mówiąc, tylko patrząc na tabernakulum. „Pan jest tu” – ta świadomość im wystarcza i napełnia ich radością. Podobnie jak chorzy, stosujący kurację słoneczną, zadowoleni są, że znajdują się pod działaniem promieni słonecznych. Tajemnicza siła wychodząca z Eucharystii oczyszcza dusze z różnych wad i pomaga nam stać się świętymi. Mówi św. Małgorzata Maria: „Mój Pan pokazał mi swoje Serce jako ognisko miłości i powiedział: Ť0to Boski strumień mojej miłości, w którym masz się oczyścić. Później sprawię, że znajdziesz tutaj oświecenie i wreszcie zjednoczenie ze Mną. Powinniśmy zatem – dodaje Święta – przystępować do tego ogniska miłości, aby oczyścić się ze swych wad, jak oczyszczają złoto w tyglu”. Jezus powiedział: „Kiedy w tych płomieniach czystej miłości serce twoje zostanie zniszczone, wtenczas otrzymasz nowe serce”. Nie bądźmy głusi na głos Jezusa, który woła do każdego z nas nieustannie: „Synu, córko, daj mi serce swoje”. Zaspokójmy Jego pragnienie. Oddajmy Mu nasze serca i naszą miłość. Nic więcej nie możemy Mu ofiarować, by odpowiedzieć na miłość, którą On nas obdarza.

Serce Jezusa, sprawiedliwości i mi­łości skarbnico
Najświętsze Serce Pana Jezusa to sanktuarium, w którym mieszczą się sprawiedliwość i miłość. Bóg jest sprawiedliwy, to znaczy, za dobro wynagradza, a za grzech karze. Bóg jest też miłosierny, to znaczy, że chętnie przebacza żałującemu grzesznikowi. Bóg jest jednością. W Nim wszystkie przymioty stanowią jedność. Nasza nieudolność sprawia, że każdą rzecz widzimy oddzielnie więc i w Bogu rozróżniamy i osobno adorujemy dobroć, sprawiedliwość, mądrość i wszechmoc. Ale podobnie jak w pryzmacie jeden biały promień światła rozkłada się na siedem kolorów tęczy, tak w nieskończonej doskonałości Bożej będącej jednością widzimy różne przymioty. W Ewangelii znajdujemy nie tylko słowa pełne miłości, które wzruszają nas do łez, ale i gromy gniewu sprawiedliwości, które napawają przerażeniem. Na pewno Jezus wzbudzał grozę, gdy gromił faryzeuszów: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze […] przewodnicy ślepi […]. obłudnicy! […] Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie ujść potępienia w piekle?”. Albo gdy mówił o gorszycielach: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń!”. O Judaszu powiedział smutno: „Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”. Jezus, chociaż był Nauczycielem dobrym, nie omieszkał wyrazić z całą jasnością fundamentalnej prawdy o piekle, i to z jaką mocą: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny”. Doprawdy, Jezus jest pełen miłości, ale i wzbudzający lęk. Jest pełen miłości dla tego, kto Go kocha; jednak ostrzega tych, którzy o nim zapominają. Nie ma nic tragiczniejszego, jak miłość wzgardzona. Niektórzy z nas mają wątpliwości: Jeżeli Pan Jezus jest tak dobry i miłosierny, to jakże może istnieć piekło? Musi ono istnieć, ponieważ Bóg jest nieskończoną sprawiedliwością. Również nie ma sensu rozumowanie, że skoro Bóg jest dobry, przymyka oczy na ludzkie grzechy i błędy. Tak czasem postępują ludzie, bo miłość ludzka jest niedoskonała. Bóg jest miłosierny i łaskawy, ale sprawiedliwy. Tak więc, gdy znajdziemy się przed tronem sprawiedliwości, będziemy sądzeni z całą dokładnością i sprawiedliwością. W momencie śmierci skończy się dla nas czas miłosierdzia. Nikt nie powinien się łudzić, że Boski Sędzia wprowadzi go do nieba, jeśli nie zasłużył na nie; albo że da mu o jeden stopień chwały wyższy, niż mu się należy. Nic z tego – miłosierdzie Boże kończy się na ziemi. Jeśli ktoś modli się, aby Bóg był dla niego miłosierny na sądzie, to Bóg może go tylko w ten sposób wysłuchać, że w obecnym życiu da mu potrzebne łaski, aby mógł oczyścić się z grzechów i wytrwać w łasce Bożej do śmierci. Jednak przed tronem Bożym ustaje wszelkie miłosierdzie, a pozostaje sprawiedliwość. Gdy człowiek rozważa sprawiedliwość Bożą, odczuwa lęk i może być bliski załamania. Gdy natomiast rozważa miłość Bożą, odczuwa ufność, a czasem zbytnią pewność siebie. Powinniśmy łączyć te uczucia: mieć ostrożną ufność i ufną bojaźń. Dobry Jezu, który byłeś miłosierny dla największych grzeszników, daj nam tak przejść przez próbę ziemskiego życia, abyśmy przez wieki mogli w niebie wyśpiewywać Twoje miłosierdzie.

Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne
Serce Jezusa można porównać do oceanu dobroci i miłości, do naczynia tak wypełnionego, że nie zmieści się w nim już ani jedna kropla. Dużo dobroci widzimy też u ludzi. Dobroć ludzka jest to skłonność do czynienia dobra drugim. Objawia się ona w życzliwości, hojności, poświęceniu, również w cierpliwości i w darowaniu win. Jest to więc cały zespół cnót. Człowiek dobrego serca czuje się szczęśliwy, gdy może dobrze czynić. Dobroć ludzkiego serca jest przymiotem cennym i pożądanym. Inne przymioty często budzą podziw – natomiast dobroć porywa i skłania do miłości. Tak rozumiemy dobroć ludzką, a czym jest dobroć Boża? Nasze słowa i pojęcia zastosowane do Boga są tylko analogiami, porównaniami nieskończenie dalekimi od rzeczywistości. Dobroć Boża jest niezmierzona, wieczna, nieskończona i dla nas niepojęta. Względem ludzi objawia się ona w sposób najbardziej widoczny w Osobie Jezusa Chrystusa. Możemy stwierdzić, że Bóg jest przede wszystkim dobry. Nie w tym znaczeniu, że Jego dobroć przewyższa wszystkie inne doskonałości, gdyż w Bogu wszystko jest jednakowo nieskończone. Ale w tym znaczeniu, że Jego dobroć najbardziej widoczna jest w naszym życiu. W Starym Testamencie Pan Bóg okazywał się często Bogiem surowości. Jednak i tam mamy bardzo wiele przykładów wzruszającej dobroci. Natomiast w Nowym Testamencie dobroć i miłość Boża objawia się w całej pełni. Ewangelia jest niczym innym jak księgą miłości Bożej. W niej i w pismach apostołów, jeśli jedno słowo wyraża Bożą sprawiedliwość, to dziesięć następnych mówi o Jego miłości. Taką pedagogię stosuje Bóg, ponieważ naszym niedoskonałym umysłem trudno nam pojąć ogrom Jego miłości. Bóg jest tak wielki, a my tacy mali, że łatwiej wierzymy w Jego potęgę i sprawiedliwość. Tymczasem wszystko, co Bóg uczynił, uczynił z miłości. Dobroć i miłość promieniują w każdym czynie Jezusa, w każdym z uczynionych przez Niego cudów, w większości Jego słów. Nasz Pan jest kochający, przystępny i pokorny. Powiedział o sobie: „Ja jestem dobrym pasterzem”,  „Nie przyszedłem po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić”, „Miłujcie się wzajemnie, tak jak Ja was umiłowałem” , „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują”. Jezus uczynił pierwszy cud w Kanie Galilejskiej na prośbę Maryi, która będąc z Nim przez całe Jego ziemskie życie, dobrze znała dobroć Serca swego Syna. Jezus przeszedł przez palestyńską krainę dobrze czyniąc. Gdy natykał się na liczne nędze fizyczne i moralne, wołał: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Jezus nie dokonywał cudu, gdy żądano znaku z nieba, ale nigdy nie odmówił uzdrowienia chorych i oczyszczenia trędowatych, gdy o to proszono i gdy chciał manifestować tylko miłość i dobroć Bożą. Jezus był dobry dla wszystkich. Ewangelia wspomina o Jego dobroci dla apostołów, których wady znosił z wielką cierpliwością. Był łaskawy dla dzieci, dla niewiasty kananejskiej i Samarytanki, dla Magdaleny i Nikodema. Chrystus uczył swoich uczniów wyrozumiałości i miłości. Do niewiast, które nad Nim płakały, gdy szedł z krzyżem na Kalwarię, powiedział, aby nie płakały nad Nim, ale nad sobą i nad swoimi dziećmi. Jezusa zawsze widziano tak dobrym i łagodnym, że nikt się Go nie bał. Zbawicielu dobry, który przeszedłeś przez swoją ziemską ojczyznę wszystkim dobrze czyniąc, który powiedziałeś: „Dałem wam przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam czyniłem” – pomóż nam zerwać z naszym egoizmem i nastawić się na bezinteresowne pomaganie wszystkim potrzebującym.

Serce Jezusa, cnót wszystkich bez­denna głębino
Św. Małgorzata Maria często mówiła o Bożym Sercu jako o otchłani niezbadanej, niepojętej, w której powinniśmy się pogrążyć i w niej pozostać – abyśmy już nie znajdowali upodobania w rzeczach tego świata, ale z oceanu świętości czerpali wzory wszelkich cnót. W Jezusie Chrystusie wszystko jest wielkie, bez granic. Jego doskonałość jest niezmierzona, nie potrafimy sobie jej w żaden sposób wyobrazić. Gdybyśmy ją porównali do studni tak głębokiej, że nikt jej dna dojrzeć nie może, byłoby to również bardzo nieudolne porównanie. Najświętsze Serce Pana Jezusa już od chwili poczęcia Słowa wcielonego było bezdenną głębiną wszelkich cnót. Chrystus był jednakowo święty w każdej chwili swego życia. Ewangelista św. Łukasz napisał, że Jezus „czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi”. Te słowa św. Łukasza trzeba tak rozumieć, że ludzie widzieli z biegiem lat, w różnych okolicznościach życia Jezusa, coraz więcej Jego cnót. Mówimy, że Chrystus jest bezdenną głębiną wszelkich cnót. Gdy jednak rozpatrywać będziemy szczegóły Jego życia, to stwierdzimy, że Jezus nie posiadał niektórych cnót, jakie widzimy u świętych. Istnieją bowiem takie cnoty, które suponują pewną niedoskonałość, i tych Jezus nie mógł posiadać. Nie miał na przykład cnoty wiary, ponieważ ta cnota skłania nas do przyjęcia za prawdę tego, czego rozum nie może pojąć. Tymczasem Jezus znał wszelką prawdę. Jezus nie posiadał cnoty nadziei, ponieważ nadzieja każe nam spodziewać się szczęścia, którego obecnie jeszcze nie mamy. Chrystus znał prawdę o swoim zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Również zbawieni w niebie nie posiadają cnót wiary i nadziei. Jezus nie potrzebował też cnoty pokuty, ponieważ nigdy nie zgrzeszył. Natomiast posiadał wszystkie inne cnoty w najwyższym stopniu. Na pierwszym miejscu należy wymienić cnotę religijności. Po całodziennych wędrówkach Chrystus zwykle usuwał się na jakieś wzgórze i spędzał tam samotnie czas na modlitwie do Ojca. Jezus oświadczył, że pragnie tylko pełnić wolę swego Ojca i w każdym momencie czynić to, co Jemu się podoba. Miłość do Ojca skłoniła Go do przyjęcia niewypowiedzianych cierpień, aby wynagrodzić zniewagi wyrządzone Ojcu przez ludzi. Życie Jezusa było również jednym szeregiem uczynków miłości względem ludzi – mówiliśmy o tym wyżej. Jezus posiadał cnoty: roztropności, czystości, pokory, umartwienia i wszystkie inne, których nie jesteśmy w stanie wymienić – musielibyśmy tutaj zacytować całą Ewangelię: Trzeba zaznaczyć, że wszystkim cnotom towarzyszyła nadzwyczajna prostota, która porywała uczniów i zachęcała do naśladowania Go. Jezus nie chciał nigdy zadziwiać swymi cnotami. Przyjmował ze spokojem wszelkie cierpienia, zniewagi i szyderstwa, jakie Mu zostały narzucone przez wrogów. Sam jednak nie szukał innych umartwień, wyjąwszy długi czterdziestodniowy post. Nasz Zbawiciel znosił cierpliwie wszystkie trudy i niewygody swego misjonarskiego życia, które upływało w ustawicznych podróżach. Faryzeusze gorszyli się, że Chrystus „je i pije” w przeciwstawieniu do Jana Chrzciciela, który wiele pościł. Ale Chrystus chciał być wzorem świętości dla wszystkich, nie tylko dla zdolnych do nadzwyczajnych umartwień – wzorem wprawdzie idealnym, ale możliwym do naśladowania. Jezu, wspaniały nasz Mistrzu i wzorze wszelkich cnót, Ty powiedziałeś: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Mimo naszej słabości kazałeś nam dążyć do wielkich ewangelicznych ideałów. Prosimy Cię, dodaj nam sił, abyśmy nie zrezygnowali z dążenia do nich mimo wielu niepowodzeń.

Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności
Powyższe wezwanie jest dosłownie uformowane ze słów św. Pawła, który w Liście do Kolosan stwierdza, że w Jezusie Chrystusie „wszystkie skarby mądrości i wiedzy są ukryte”. To znaczy, że Chrystus posiada doskonałą znajomość wszelkich praw naturalnych i nadnaturalnych. Jezus jest Bogiem, ma więc mądrość niestworzoną. Boską i ludzką. Będziemy tutaj mówili raczej o ludzkiej mądrości Jezusa. Jako człowiek posiadał Jezus wszelką mądrość, jaką Bóg rozlał w świecie stworzonym. Miał także pełnię wiedzy: znał doskonale wszystko, co pojąć może rozum ludzki. Żaden mędrzec ani żaden uczony nie będzie nigdy wiedział tego, co wiedział Jezus. Gdyby Jezus chciał, mógłby odkryć wszystkie tajemnice przyrody i nieznane jeszcze prawa fizyczne. Lecz nie przyszedł On na ziemię po to, aby uczyć mądrości tego świata. Pragnął nauczyć nas prawd nieporównanie cenniejszych, prowadzących do zbawienia.
Mądrość Chrystusa Pana jaśnieje na każdej stronicy Ewangelii. Nie było dla Niego nic ukrytego. Wnętrza sumień ludzkich stały przed Nim otwarte. Wszystko było jasne: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Jezus przepowiedział z całą dokładnością okoliczności swojej śmierci. Jego proroctwa dotyczące losów Kościoła spełniają się nieustannie w ciągu wieków. Nauka Chrystusa jest przedziwna. Nie jest to system filozoficzny, wypracowany stopniowo, jak to się dzieje wśród ludzi oddających się nauce. Wszystko, co głosił Jezus, powstało już gotowe, bez żadnego doskonalenia, jakby jakiś meteor, który z kosmosu spadł na ziemię. Już mając lat dwanaście Jezus wprawił w podziw uczonych w Piśmie, był nawet niezrozumiany przez swoją Matkę. Zawstydzał faryzeuszy do tego stopnia, że w końcu zrezygnowali z dyskutowania z Nim. Chrystus swoimi naukami fascynował tłumy. Wysłannicy kapłanów mówili o Nim pełni podziwu: „Nigdy jeszcze nikt nie przemawiał tak jak ten człowiek”. Kapłani pytali: „Skąd u Niego ta mądrość, skoro się nie uczył?”. Słowa Jezusa były tak głębokie, że wprawiały w zdumienie – a zarazem tak proste, że porywały serca wszystkich słuchaczy. Była to rzeczywiście mądrość Boska, nieskończona, dostosowana jednak do przyjęcia przez zwykłego człowieka. Słowa Jezusa do końca wieków będą przedmiotem rozmyślania i podziwu; Ewangelia stanie się szkołą, w której będą się formować święci. Wielką mądrość Jezusa widzimy w ustanowionych przez Niego sakramentach i w założonym przezeń Kościele. Mijają wieki i nie odczuwa się potrzeby zmiany czegokolwiek z tego, co On ustanowił. Odnotujmy jednak, że Chrystus wszystkie te skarby swej mądrości i umiejętności wykorzystał, aby nimi służyć, aby tworzyć dzieła miłości. To, co tu powiedzieliśmy o mądrości i wiedzy Chrystusa, niech będzie światłem, które pozwoli nam lepiej poznać wielkość naszego Zbawiciela, i pokarmem dla naszej pobożności i miłości. Bo przecież nasz Zbawiciel dzięki swej wszechwiedzy wiedział, jaka czeka Go męka, a nawet przez trzydzieści trzy lata musiał ją duchowo przeżywać. Miał przed oczami obraz swoich cierpień w Ogrójcu, aresztowania, biczowania, cierniem koronowania i okrutnej śmierci na krzyżu. W Ogrójcu Chrystus widział wszystkie grzechy ludzkie, w tym też i moje grzechy. Chrystus widział, że dla wielu grzeszników Jego męka będzie daremna. Niech myśl ta pomoże nam wzbudzić w sobie akty skruchy i miłości.

Serce Jezusa, z którego pełni wszys­cyśmy otrzymali
Św. Jan Ewangelista, umiłowany uczeń, który miał szczęście spoczywać na Sercu Jezusa, otrzymał objawienie o nieskończonych bogactwach, ukrytych w tym Boskim sanktuarium. Przez cale życie św. Jan myślał z wdzięcznością o swoim umiłowanym Zbawicielu i głosił, że „Jezus jest pełen łaski i prawdy” oraz że wszystko otrzymaliśmy z pełni Jego Serca. Są to właśnie słowa rozważanego wezwania. Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa dzieli się na dwie części. Pierwsza część obejmuje tytuły przypominające, że Serce Boże godne jest najwyższej czci i miłości. Mówi, czym jest Jezus w odniesieniu do Trójcy Przenajświętszej. Część druga, którą teraz rozpoczynamy, przypomni nam, czym jest Najświętsze Serce względem nas, ludzi. Jest Ono, najogólniej mówiąc, samą dobrocią i wspaniałym wzorem do naśladowania. Rozważanie tytułów pierwszej części litami miało pobudzić nas do miłości, upodobania i oddania się Bożemu Sercu. W drugiej części będziemy się starali przyjąć z wdzięcznością i adorować Najświętsze Serce Jezusa jako ocean pełen cnót i łask, z którego wszystko otrzymaliśmy. Boski nasz Zbawiciel, objawiwszy się św. Małgorzacie Marii, powiedział, że w Jego Sercu są niezmierzone skarby miłości, łask, miłosierdzia i zbawienia; że bardzo pragnie rozlać te skarby i wzbogacić nasze ubóstwo, aby wszyscy, którzy chcą Go kochać i czcić, mogli czerpać z tego źródła. Innym razem Jezus pokazał św. Małgorzacie swoje Serce jako skarbiec nieba. Powiedział, że przecenne złoto tego skarbca zostało darowane na zapłacenie naszego długu. Jezus chciał tajemnicę tego bogactwa ogłosić ludziom. Św. Małgorzata zapewniała Chrystusa, że Jego Serce jest dla niej jedynym skarbem. Nie mam – mówiła – niczego poza Sercem mojego Pana, Jezusa. On często mi mówił: Co dobrego uczyniłabyś beze Mnie? Beze Mnie byłabyś bardzo uboga. Wszystko otrzymaliśmy z hojności Bożego Serca. Jak słońce jest źródłem światła i wysyła swoje promienie na całą ziemię, tak Najświętsze Serce Jezusa jest nieprzebranym źródłem łask, z którego czerpiemy wszyscy. Po grzechu Adama żadna laska nie została ludziom udzielona w inny sposób, jak tylko przez przyszłe zasługi Chrystusa. Nikt nie został zbawiony, ani żaden grzech nie został odpuszczony, jak tylko przez zasługi męki Chrystusa. Żadna modlitwa nie została wysłuchana ani nie będzie wysłuchana w przyszłości, jak tylko przez łaski Bożego Serca.
Pomyślmy o wielkich dobrach nadnaturalnych, jakimi cieszymy się w kościele: sakramenty święte i wszystkie inne środki ubawienia zawdzięczamy Chrystusowi. Pomyślmy o danych nam dobrach materialnych. Wszystko, co nas cieszy na ziemi, każdy promień słońca, pokarm, powietrze, woda, kwiaty, ptaki, wszystko, co nasz dzień powszedni czyni weselszym, wszystko to jest darem Jezusa. Również szczęście, które otrzymamy w niebie, będzie nam dane tylko przez zasługi Chrystusa. Jakże więc za to wszystko powinniśmy być wdzięczni naszemu Zbawicielowi. Jakże powinniśmy się starać, aby życiem pełnym miłości i poświecenia odpłacić za dobro, które od Jezusa otrzymujemy. Jezus jest głową Mistycznego Ciała, Kościoła świętego. Powinniśmy się starać, aby życiem pełnym miłości i poświęceń choć w części, zasłużyć sobie na miano godnych członków Kościoła. Jezus jest głową Mistycznego Ciała, Kościoła świętego, którego jesteśmy, członkami. Powinniśmy więc starać się o zjednoczenie, z Nim. Im pełniejsze będzie z Nim zjednoczenie, tym więcej otrzymamy łask, albowiem ci, którzy są bliżej źródła, więcej otrzymują. Z Jezusem powinniśmy żyć, pracować i cierpieć, a gdy wypełnią się nasze dni – w Nim także umierać. Do Niego mają być zwrócone wszystkie nasze myśli, pragnienia i uczucia. On jest początkiem i końcem wszystkiego.


Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata
W tekście łacińskim i w starych książeczkach powyższe wezwanie brzmi: „Serce Jezusa – pożądanie wzgórz wiekuistych”. Rozważmy znaczenie tego określenia. Słowa są zaczerpnięte z błogosławieństwa, jakie patriarcha Jakub udzielił swojemu umiłowanemu synowi, Józefowi. Powiedział on: „Błogosławieństwa ojca twego niech dłużej trwają niż błogosławieństwa mych przodków, jak długo trwać będą wzgórza wiekuiste…”. Ludzie starożytni mieli wiele sentymentu do gór. Uważali je za najstarsze części ziemi, za najtrwalsze i prawie wieczne. Bo widywali, jak czasem zmienia się koryto rzeki, jak zmieniają swój wygląd pola, a góry zawsze pozostają takie, jak były. Podobni do gór odwiecznych, w pojęciu Jakuba, byli patriarchowie i wielcy bohaterowie narodowi, którzy przez swe cnoty wznieśli się ponad poziom zwykłych ludzi. Ci właśnie patriarchowie z utęsknieniem czekali na Mesjasza. I nie tylko naród wybrany wzdychał do mającego przyjść Zbawiciela. Cały świat pogański pragnął i oczekiwał przyjdą kogoś wielkiego, kogo bliżej nie znał, a kto był chyba echem przepowiedni Starego Testamentu. Najbardziej, oczywiście, oczekiwali Go patriarchowie i prorocy, owe „wzgórza wiekuiste”. Jakże powinniśmy być wdzięczni Panu Bogu, że powołał nas do życia po narodzeniu Chrystusa. Podczas gdy patriarchowie i prorocy musieli zadowolić się figurami, pragnieniami i nadzieją, my posiadamy już naszego Pana realnie, obecnego w Najświętszym Sakramencie. Możemy Go nawiedzać i przyjmować w Komunii świętej. Wobec gorących pragnień proroków powinniśmy czuć się zawstydzeni, gdy niezbyt często przychodzimy do naszego Zbawiciela, chociaż przebywa On tak blisko, w tabernakulum. Od nas tylko zależy, aby On królował w naszym sercu. Powinniśmy Komunię świętą przyjmować jak najczęściej, możliwie codziennie lub chociaż raz w tygodniu, w niedzielę. Przyjąwszy w kościele Komunię świętą, musimy wnet wracać do domu, do pracy… Warto więc przypomnieć, że dla naszej łączności ze Zbawicielem mamy jeszcze do dyspozycji tzw. Komunię świętą duchową – jest to pragnienie Komunii sakramentalnej. Wiemy, że pragnienie chrztu może w pewnych wypadkach zastąpić sam chrzest normalnie udzielony – jest to tzw. chrzest pragnienia. Pragnienie pojednania się z Bogiem, połączone z żalem doskonałym, może zastąpić pojednanie sakramentalne, gdy nie mamy możliwości przystąpienia do spowiedzi. Pragnienie Komunii świętej sprawia podobne skutki, jak sakramentalna Komunia święta. Jezus bardzo pragnie łączyć się z nami i zawsze jest gotów przyjść do nas. Tak jak świeże powietrze, rozgrzane słońcem, zawsze jest gotowe wejść do naszego domu – wystarczy tylko otworzyć okna – tak wystarczy otworzyć okno naszej duszy przez akt pragnienia, a wejdzie do niej Zbawiciel. Skutki Komunii świętej zależą całkowicie od naszej dyspozycji. Ktoś przyjmujący Komunię świętą duchową z gorącą miłością i z żywą wiarą może więcej łask otrzymać niż ktoś inny, przyjmujący Komunię sakramentalną, ale ozięble. Św. Mechtyldzie pokazał Zbawiciel w widzeniu dwa naczynia: jedno złote, drugie srebrne. Powiedział jej, że naczynie złote zawiera Komunie święte sakramentalne, a naczynie srebrne – Komunie duchowe. Komunię świętą duchową możemy przyjmować wielokrotnie w ciągu dnia, bez ograniczeń: w kościele, w domu, w podróży – wszędzie. Wyznaczmy sobie jakieś chwile w ciągu dnia dla Komunii duchowej, na przykład: przed posiłkiem i po posiłku, powstaniu i przed spoczynkiem, na początku każdego nowego zajęcia. Niech nasze pragnienie Komunii świętej będzie większe niż pragnienie patriarchów – „wzgórz wiekuistych”.

Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia
Cierpliwość jest wspaniałym przymiotem Boga. Ludzie są nieposłuszni Bogu, a On milczy. Przeklinają – On milczy. Zapominają o Nim, jakby Go nie było – On milczy. Niektórzy ludzie nawet gorszą się tą cierpliwością Boga, ponieważ sprawia to wrażenie, że grzech to nic wielkiego oraz że o chwalę Bożą można się nie troszczyć. Cierpliwość Boga względem ludzi jest tak niewyczerpana, że mogłoby się wydawać, jakoby Bóg na to tylko stworzył ludzi, aby mieć okazję stosowania wobec nich cierpliwości i miłosierdzia. Jaką niewypowiedzianą cierpliwość okazywał Jezus w swoim ziemskim życiu! Przez trzy lata Jego apostołowie swoimi wadami sprawiali Mu niemałe kłopoty. Jezus wszystko znosił i poprawiał ich z ojcowską dobrocią. Nawet wtedy, gdy Judasz witał Go zdradzieckim pocałunkiem, Jezus nazwał go przyjacielem. Gdy tłumy całymi dniami otaczały Jezusa, nie zostawiając Mu czasu na konieczny odpoczynek, nie można było zauważyć w Nim najmniejszej oznaki zniecierpliwienia. Jego nadludzka cierpliwość w czasie męki na Golgocie nawróciła pogańskiego setnika. Nie wyrwało się bowiem z Jego ust ani jedno słowo oburzenia lub skargi. W Starym Testamencie czytamy bardzo ciekawe opowiadanie o proroku Jonaszu. Zarzucał on Bogu, jako coś niewłaściwego, że jest On zbyt cierpliwy i miłosierny wobec grzeszników. Chcąc udaremnić zamiary Boże, Jonasz nie idzie do Niniwy nawracać jej mieszkańców. Pragnie bowiem, aby Bóg ich ukarał i zniszczył. Jednak potem, zmuszony przez Boga, głosi Niniwitom pokutę; oni się nawracają i Pan Bóg im przebacza. Wtedy nieszczęsny prorok zamiast się radować, jest rozżalony i zagniewany. Z kolei Bóg okazuje cierpliwość i miłosierdzie wobec Jonasza. Łagodnymi słowami otwiera mu oczy i skłania do zmiany wrogiego nastawienia względem Niniwitów. W Nowym Testamencie najbardziej wzruszającym pouczeniem o miłosierdziu Bożym jest przypowieść Chrystusa o synu marnotrawnym. Komentując tę przypowieść Ojciec Święty Jan Paweł II w encyklice „Dives in misericordia” mówi, że ani razu nie padło w niej Słowo „miłosierdzie”. Zostało ono jednak niesłychanie głęboko wpisane w treść samej przypowieści. Zauważmy, że Chrystus opowiadał wiele przypowieści. Niektóre z nich podał w takim skrócie, że niełatwo było je zrozumieć i apostołowie prosili Go o wyjaśnienie. Czynił to może celowo, aby słuchacze, rozchodząc się po nauce do domów, nadal się nad nią zastanawiali i dyskutowali, co zresztą Żydzi mieli w zwyczaju. Jednakże przypowieść o synu marnotrawnym i o jego miłosiernym ojcu opowiedział Chrystus tak szczegółowo, że wszyscy od razu ją zrozumieli i nikt nie musiał prosić Go o wyjaśnienie. Widać, jak bardzo Zbawicielowi zależało, aby wszyscy dobrze ją pojęli. Jezus litował się nad wszelką nędzą ludzką – świadczą o tym liczne uzdrowienia z najrozmaitszych chorób. Najbardziej jednak odczuwał On występowanie nędzy moralnej. „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawiać to, co zginęło”. Jezus przyjmuje Magdalenę, daruje jej grzechy, czym wywołuje zdziwienie i zgorszenie faryzeuszów. Broni też niewiastę cudzołożną zawstydzając tych, którzy ją chcieli ukamienować. Gdy Samarytanka nie chciała Mu podać wody, Jezus nie zważając na jej niegrzeczność, pouczył ją i oświecił, przedstawiając się jako Mesjasz. Gdy św. Piotr pytał Go, ile razy ma przebaczać, gdy mu ktoś zawini, czy aż siedem razy, Jezus odpowiedział: „Nie mówię, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy”, czyli zawsze. Miłosierdzie Chrystusa nie wyczerpało się w czasie Jego ziemskiej pielgrzymki. Przyszedłszy do Swojego królestwa, Zbawiciel niemniej troszczy się o tych, którym tak bardzo potrzebne jest Jego miłosierdzie. W naszym stuleciu, w latach trzydziestych, Pan Jezus objawił się siostrze Faustynie Kowalskie ze zgromadzenia sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. W częstych odwiedzinach mówił jej o swoim zawsze żywym i stałym miłosierdziu, chcąc przekonać współczesnych ludzi, że nadal gorąco pragnie zbawienia wszystkich, nawet największych grzeszników, zalecał modlitwę w ich intencji i powtarzanie aktu strzelistego: „Jezu, ufam Tobie”. Zakończmy to rozważanie modlitwą siostry Faustyny: „Najsłodsze Serce mojego Pana, pełne litości i miłosierdzia, błagamy Cię za biednych grzeszników. Nie pozwól, aby ginęły dusze tak drogocenną Krwią odkupione. Przyjmij tych, którzy roztrwonili Twoje dobra, aby i oni wraz z nami wysławiali przez wieki Twoje miłosierdzie”.

Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają
Wezwanie to umacnia w nas przekonanie, że w Sercu Jezusa znajdziemy wszelkie dobra. Na tym świecie wielu chciałoby być hojnymi, ale nie mają co rozdawać, bo są ubodzy. Inni natomiast są bogaci i mogliby być hojni, ale nie dzielą się z nikim, bo są skąpi. W Sercu Jezusa widzimy i czcimy pełnię niewyczerpanych dóbr, a jednocześnie hojność bez granic. Któż jest tak bogaty jak Jezus! Wszystkie bogactwa materialne są Jego własnością. On jednak nimi wzgardził i w swoim ziemskim życiu chciał być ubogi do tego stopnia, że w czasie ostatnich trzech lat na ziemi żył z jałmużny. Jezus, Syn Boga Stwórcy, od stworzeń otrzymywał chleb. Nasz Zbawiciel nie miał gdzie głowy położyć, aby spocząć w nocy. Prawdopodobnie w czasie swojego życia nie dotknął nigdy pieniędzy. Wysyłając swoich uczniów, aby głosili Ewangelię, również nie dał im na drogę żadnej sakiewki, co więcej: przestrzegał, aby nie brali zapasowych sandałów ani odzieży. Jezus rozdawał ludziom inne, szlachetniejsze bogactwa – łaski nadprzyrodzone. Tych łask chce Chrystus udzielić również nam, gdy się do Niego zwrócimy. Chodząc po ziemi palestyńskiej, Jezus dokonał kilku cudów, wcale o to nie proszony. Normalnie jednak oczekuje, aby Go prosić o łaski, a wtedy okazuje się hojny. Modlitwa jest więc koniecznym warunkiem dla uzyskania wszystkich łask Bożych. Jest ona złotym kluczem, który otwiera skarbiec Bożego Serca, wystarczy się nim posłużyć, abyśmy wiele mogli otrzymać. Nie korzystać z tego klucza byłoby wielkim błędem. Musimy jednak zdawać sobie sprawę, że skuteczność naszych modlitw pochodzi od zasług Jezusa. On modli się za nas i z nami. Jezus poleca nam dużo się modlić, bo chce nas hojnie obdarować swoimi łaskami. Powinniśmy jednak starać się usilnie o skupienie. Trudno nazwać modlitwą słowa wypowiadane bezmyślnie i niedbale. Musimy pamiętać, do kogo zwracamy się w modlitwie: do nieskończonego majestatu Bożego, nad który nie ma nic godniejszego czci ani świętszego. Modlitwy ustne są potrzebne, ponieważ cały człowiek, a więc dusza i ciało, powinny Bogu cześć oddawać. Jednak nie jest dobrze obciążać się zbyt wielu modlitwami ustnymi poza tymi, które uważa się za obowiązkowe w życiu chrześcijańskim. Jezus chce przede wszystkim słyszeć głos naszego serca. Byłoby bardzo pożądane, abyśmy rozporządzając kilkunastu minutami – oddawali się codziennie modlitwie myślnej. Na początku można posłużyć się książką: O naśladowaniu Jezusa Chrystusa św. Tomasza Kempis. Niemożliwe jest praktykowanie wszystkich rodzajów pobożności. Należy wybrać to, co nam najlepiej odpowiada. Pierwsze miejsce powinno zajmować nabożeństwo do Tego, który za nas poniósł śmierć na krzyżu. Jemu należy się cała nasza wielka miłość. Po nim możemy mieć jeszcze innych pośredników: Matkę Bożą, naszych patronów i opiekunów narodowych.

Serce Jezusa, źródło życia i świę­tości
Gdy Izraelici wędrowali przez pustynię Rafidim, zabrakło im wody. Prawie umierali z pragnienia i byli bliscy rozpaczy. Wtedy Mojżesz z rozkazu Boga uderzył laską w skałę góry Horeb: wytrysnęło źródło obfitej wody, która zaspokoiła pragnienie ludu. To wydarzenie jest figurą Najświętszego Serca Pana Jezusa. Podobną rolę, jak kiedyś laska Mojżesza, spełniła włócznia Longina, która otworzyła Serce Zbawiciela. Zranione Serce stało się źródłem wody żywej, która obmyła świat z grzechów. W rozmowie z Samarytanką Chrystus przyrównał swoje słowa do wody żywej, która wytryska ku życiu wiecznemu. W ostatnim dniu święta Namiotów, Jezus, stojąc na dziedzińcu świątyni jerozolimskiej, zawołał donośnym głosem: „Jeśli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie – niech przyjdzie do Mnie i pije! Jak rzekło Pismo: Strumienie wody żywej popłyną z jego wnętrza”. W świetle powyższych cytatów widzimy, że bardzo słusznie nazywamy Jezusa źródłem żyda. Jest On źródłem życia nadprzyrodzonego, czyli źródłem łaski Bożej, która w przyszłości napełni nas chwałą błogosławionych w niebie. Tę łaskę otrzymaliśmy na chrzcie świętym, wzbogaciliśmy ją w sakramencie bierzmowania, a pomnażamy stale w Komunii świętej. Jezus jest źródłem łask, źródłem najobfitszym, najczystszym, niewyczerpanym. Jest więc źródłem świętości. Jezus chce, abyśmy byli świętymi; powiedział przecież: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski”. Podobnie apostoł Paweł, pisząc do wiernych mieszkających w Tesalonice, przypomina im: „Albowiem wolą Bożą jest wasze uświęcenie”. Dążenie do doskonałości chrześcijańskiej jest naszą powinnością. Rzecz w tym, że często nie mamy odwagi wstąpić zdecydowanie na tę drogę. Świętość przedstawia się nam jako niedostępna góra, najeżona cierniami. Wydaje się, że nawet kilku kroków nie potrafimy uczynić, by podejść nieco wyżej. Jeśli tak myślimy, jesteśmy w błędzie. W rzeczywistości dążenie do świętości sprowadza się do pełnienia woli Bożej w każdej chwili życia z miłością. Bóg nie patrzy na to, jak ważna jest ta czynność, którą wykonujemy, ale na miłość i intencję. Jakiś niepozorny czyn, nie mający znaczenia w oczach świata, lecz dokonany z miłością woli Bożej, więcej nas uświęca niż inne czynności, same w sobie ważne, ale dokonane bez dobrej intencji. W życiu Najświętszej Maryi Panny i Św. Józefa nie było czynów wielkich w oczach ludzkich. Życie ich było ciche i proste. W istocie jednak budziło ono podziw nieba, gdyż nie szukali wielkich rzeczy, ale uświęcali się spełniając najprostsze obowiązki. W każdym momencie naszego życia spełniajmy dokładnie to, czego żąda od nas wola Boża. Złóżmy w ręce Boga całą naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Każdy człowiek ma swoje własne powołanie; musi uświęcać się w takich warunkach, w jakich postawiła go opatrzność Boża. Pielęgnujmy nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusa, które jest źródłem życia i świętości. Co dzień rano ofiarujmy Mu wszystkie nasze prace, myśli, rozmowy, nawet chwile odpoczynku. Starajmy się podtrzymywać zjednoczenie z Chrystusem w ciągu dnia, a będziemy pewni, że weszliśmy na drogę do świętości.

Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze
Słowa tego wezwania zaczerpnięte są z pierwszego Listu św. Jana Ewangelisty: „[Chrystus] jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy, i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata”. To znaczy, że Chrystus wziął na siebie wszystkie nasze grzechy i za nie pokutował, aby wysłużyć nam przebaczenie. Pierwszy człowiek zgrzeszył i pogrążył rodzaj ludzki w otchłani nieprawości. Nie miał jednak możliwości wydobycia się z tej otchłani. Dokonać tego mógł tylko ktoś niewinny, a na ziemi byli sami grzesznicy. Żadne więc stworzenie nie mogło oddać Boskiemu majestatowi godnego zadośćuczynienia. Grzech wydawał się nie do naprawienia. Bóg jednak nie chciał, by bezpowrotnie stracone było Jego stworzenie. Znalazł sposób, aby zadośćuczynienie dorównało obrazie. Postanowił, że Syn Boży stanie się człowiekiem, przyjmie ciało i duszę ludzką i jako taki będzie mógł cierpieć, aby wyjednać darowanie ludzkich win. Zajaśniały tutaj wspaniałym blaskiem trzy przymioty Boskie: sprawiedliwość, mądrość i dobroć. Słowo stało się ciałem. Syn Boży zamieszkał między ludźmi i wyjednał nam całkowite zmiłowanie. Bóg nie mógł odrzucić tego zadośćuczynienia, ponieważ pochodziło ono od Jego umiłowanego Syna i miało wartość nieskończoną. W Synu Bożym oddana została Bogu cała chwała, do której miał prawo, a której odmówili Mu upadli aniołowie i ludzie. Zauważmy jeszcze, że jedna kropla Krwi Chrystusowej, a nawet jedna łza lub zwykłe westchnienie, zwrócone do Ojca przedwiecznego, zdolne było zmazać grzechy całego świata. Jednak Zbawiciel nasz chciał ofiarować Ojcu zadośćuczynienie większe niż to, które było konieczne – zadośćuczynienie przeobfite. Od pierwszej chwili swego ludzkiego istnienia Jezus ofiarował się Boskiej sprawiedliwości, zgadzając się na życie w ubóstwie i w upokorzeniu – życie, które miało się skończyć w otchłani cierpień i wzgardy na Kalwarii. Jezus uczynił to z wielkiej miłości do ludzi. Ta miłość Boskiego Serca trwa nadal i nigdy się nie skończy. Jednym z powodów pozostawania Jezusa w Najświętszym Sakramencie jest właśnie ten, że chce On wstawiać się za nami u Ojca. Chce nieustannie pośredniczyć między grzesznym światem a sprawiedliwością Bożą, aby wysługiwać miłosierdzie Boże dla świata. Rozważania te powinny nam jeszcze raz uprzytomnić, jak wielkim złem jest grzech i jak wielka jest cena duszy ludzkiej, że dla jej ratowania Syn Boży podjął się tak wielkich cierpień. Powinniśmy mieć w sobie ducha pokuty i o naszych grzechach nie zapominać. Mimo że uzyskaliśmy już rozgrzeszenie w sakramencie pokuty, w dalszym ciągu przepraszajmy Pana Boga za nasze grzechy. Pamiętajmy o tym zwłaszcza przy wieczornym pacierzu i na początku każdej Mszy świętej.

Serce Jezusa, zelżywością napełnione
Już samo wcielenie było wielkim aktem upokorzenia dla Syna Bożego, który przyszedł na świat tak, jak inne ludzkie dzieci, ale i tego jeszcze nie było Mu dosyć: chciał być ze wszystkich najbiedniejszy – narodził się w stajni. Gdy Jezus wyszedł z Nazaretu, zaczęły się dla Niego dużo większe upokorzenia. Starszyzna żydowska prześladowała Go ustawicznie, obdarzając Go różnymi przezwiskami, zarzucając Mu zmowę z Belzebubem. Podczas męki upokorzenia Chrystusa przechodziły wszelką miarę. Był On przedmiotem wyrafinowanej pogardy. Wszyscy Go oskarżali, a nikt się za Nim nie ujął. Jakiż to triumf dla przywódców narodu żydowskiego, a jakież upokorzenie dla Chrystusa! Był sądzony i potępiony jako bluźnierca, jako gorszy od największych przestępców: jednogłośnie uznano go winnym śmierci. Po tym wyroku ustąpiły u Jego prześladowców wszelkie hamulce ludzkiej powściągliwości. Bito Jezusa pięściami, opluwano Go i szydzono: „Prorokuj, kto Cię uderzył”. Jezus nie odezwał się ani jednym słowem… W piątek rano Chrystus został zaprowadzony do pretorium Piłata dla potwierdzenia wyroku śmierci. Musiał wtedy przejść ulicami Jerozolimy zatłoczonymi ludźmi, którzy przybyli ze wszystkich stron na święta paschalne. Jezus szedł związany jak niebezpieczny złoczyńca. Na Jego twarzy widać było ślady krwi. Ci, którzy Go prowadzili, obchodzili się z Nim brutalnie. Gdyby jakiś przybysz spoza Palestyny zapytał miejscowych ludzi, kto to taki, otrzymałby prawdopodobnie odpowiedź: „To fałszywy prorok, który najwidoczniej dobrze sobie zasłużył, skoro tak jest traktowany przez naszych przywódców”. Prawdziwy zbrodniarz niewiele zapewne by się tymi opiniami przejmował. Dla szlachetnego Serca Zbawiciela było to wielkie cierpienie; był to kielich goryczy, który On chciał wypić do dna. O te rozkrzyczane, nienawistne tłumy musiał się Chrystus ocierać jeszcze kilkakrotnie, gdy był prowadzony do Heroda i powtórnie do Piłata, a potem na Kalwarię. Piłat nie chciał się zajmować przyprowadzonym Żydem. Dowiedziawszy się, że jest Galilejczykiem, odesłał Go do Heroda. A Herod – jak zapisał Ewangelista – „wzgardził Nim […] wraz ze swoją strażą; na pośmiewisko kazał ubrać Go w lśniący płaszcz…”. Zemścił się za to, że Jezus nie tylko nie zechciał uczynić żadnego cudu, ale w ogóle nie chciał z nim rozmawiać. Żołnierze, znudzeni bezczynnością, tylko czekali na taką okazję, żeby mogli się nad kimś znęcać do woli. Jezus znalazł się ponownie u Piłata. Ten zaproponował Żydom, by sobie z okazji świąt wybrali jakiegoś więźnia do uwolnienia. Żydzi wybrali Barabasza – znanego złoczyńcę. Jezus, skazany na śmierć, szedł obarczony drzewem hańby pośród dwu łotrów, jak człowiek przeklęty przez Boga i ludzi. Jego głowa w cierniowej koronie, oczy zaszłe krwią i łzami, policzki sine od uderzeń. Nic nie zostało z Jego szlachetnej piękności poza łagodnym, pełnym miłości spojrzeniem. Spełniły się plany żydowskich kapłanów, widzących w Jezusie zagrożenie swojego przywództwa: Nazarejczyk zawisł na krzyżu. I tu jeszcze tłum ranił Go bezlitosnym naigrawaniem się i grubiańskim szyderstwem. Wołał, żeby zstąpił z krzyża. Nie miał tyle ludzkiego uczucia, aby konającego zostawić w spokoju. Oto ile zelżywości wycierpiał Chrystus za grzechy ludzkiej pychy. Dlatego strzeżmy się tego grzechu. Przeciwstawiajmy się mu, praktykując cnotę pokory. Przyznajmy się do naszych błędów i grzechów. Nie usprawiedliwiajmy się, a zwłaszcza nie uciekajmy się do kłamstwa, aby się przed ludźmi wytłumaczyć. Jeśli nie możemy się zdobyć na to, by przyjąć upokorzenia, to przynajmniej starajmy się być obojętni zarówno na pochwały, jak i na nagrody ze strony naszych bliźnich. Kochajmy pokorę, a zapewnimy sobie miłość Boskiego Serca. Ono będzie naszą chwałą.

Serce Jezusa, dla nieprawości na­szych starte
Natchniony przez Boga prorok Izajasz już osiemset lat przed Chrystusem opisywał Jego mękę z taką dokładnością, jakby na nią patrzył własnymi oczami. Z tej racji proroctwa Izajasza niektórzy nazywają „Piątą Ewangelią”. Posłuchajmy ich: „Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi. Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach nasze zdrowie”. Jezus był poddany wszystkim cierpieniom na ciele i na duszy i żaden ból nie był Mu oszczędzony. Rozważmy najpierw Jego cierpienia na ciele. Nigdy nie potrafimy zrozumieć, ile Chrystus wycierpiał, ponieważ nie jesteśmy w stanie pojąć, jak subtelna była Jego ludzka natura. Żaden męczennik nie wycierpiał tyle, co Chrystus. Nie jesteśmy również w stanie pojąć, czym jest grzech, za który właśnie Chrystus miał wynagrodzić Boskiej sprawiedliwości. Grzech wywodzi się z dwóch źródeł: pychy i zakazanej przyjemności. Grzechy pychy wynagrodził Chrystus upokorzeniem, grzechy cielesne – cierpieniami fizycznymi. Wiemy, że człowieczeństwo Chrystusa było hipostatycznie złączone z Bóstwem. Zdawałoby się, że z tego powodu Jego cierpienia mogłyby być mniejsze. Było jednak odwrotnie. Kiedy spotka nas cierpienie, chcielibyśmy je natychmiast od siebie oddalić. Chrystus zaś przeciwnie: choć był wszechmocny, nigdy swojej wszechmocy nie wykorzystał, aby mniej cierpieć; chciał On cierpieć jak najwięcej, aby jak najdoskonalej zadośćuczynić za nasze winy. Kto potrafi zrozumieć, jak wielkie były wymagania Boskiej sprawiedliwości, aby grzech nasz mógł być godnie naprawiony? Kto potrafi zliczyć, jaki ogrom cierpień był potrzebny dla doskonałej ekspiacji? Jak bardzo Jezus musiał cierpieć w czasie biczowania, cierniem koronowania, podczas drogi na Kalwarię, a zwłaszcza przeżywając agonię na krzyżu! Jednak z pewnością najokrutniejsze były Jego cierpienia psychiczne, cierpienia Jego duszy, boleść Jego kochającego Serca. O tych cierpieniach doznanych w Ogrójcu świadczył Jego krwawy pot. Historia wspomina tylko kilka przypadków takiego potu. Jest on objawem niepomiernego napięcia cierpień duchowych. Jezus miał na pewno wizję wszystkich grzechów świata, które wziął na siebie. Widział też ogromną liczbę dusz, które mimo Jego ofiary, Jego męki – zostaną potępione. Widział grzechy, które będą popełnione jeszcze w czasie Jego zbawczej męki. A więc nienawiść faryzeuszów i starszych ludu, zdradę Judasza, zaparcie się Piotra. Przewidział również cierpienia, które w ciągu wieków będą musieli znosić członkowie Jego Ciała Mistycznego, męczennicy wszystkich czasów.
Trzeba też zauważyć, że Jezus cierpiał bez żadnego pocieszenia. Zstąpił wprawdzie anioł z nieba i stanął przy Nim w Ogrójcu. Jakie jednak pocieszenie dla Boga-Człowieka mogło dać stworzenie, choćby był to anioł? Anioł mógł jedynie adorować Go i milczeć. Jezus cierpiał z miłości ku nam. Nasze grzechy były przyczyną Jego męki. Niektórzy święci, pragnąc naśladować cierpiącego Chrystusa, prowadzili życie surowe, pełne umartwień. My natomiast unikamy cierpienia – wybieramy to, co w życiu łatwiejsze. Powinniśmy jednak bez buntu przyjmować te dolegliwości, jakie spotykamy na naszej drodze. Starajmy się niekiedy świadomie wybrać jakieś umartwienie dla uczczenia męki naszego Pana.

Serce Jezusa, aż do śmierci po­słuszne
Mieszkańcy Palestyny nie mogli wyjść z podziwu, gdy widzieli, jak Jezusowi posłuszne były wiatr, woda, ryby, a nawet duchy nieczyste. Jednak sam Jezus, Syn Boży, również był posłuszny, i to nie tylko swemu Ojcu, ale i ludziom. Przede wszystkim posłuszny byt Ojcu. Autor Listu do Hebrajczyków wkłada w usta Chrystusa słowa psalmisty: „Oto idę – w zwoju księgi o Mnie napisano – abym spełniał wolę Twoją, Boże” . Chrystus sam o sobie powiedział: „… ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mię posłał. Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił”. Chrystus w Ogrójcu modlił się, aby mógł pełnić wolę Bożą. Św. Paweł w Liście do Filipian mówi: Jezus Chrystus „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie, uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej”. Chrystus na życzenie swego Ojca staje się człowiekiem, aby przyjąwszy na siebie grzechy ludzkie godnie przeprosić majestat Boży. Będzie to od Niego wymagało wielkiej ofiary. Świadczy o tym Jego modlitwa w Ogrójcu: „Ojcze mój, jeśli to możliwie, niech Mnie ominie ten kielich! Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”. Jezus mógł prosić Ojca, aby Go zwolnił z tego zadania i byłby wysłuchany. Jednak miłość Jezusa do Boga Ojca i do człowieka wymagała wyrażenia zgody. Słowa Zbawiciela wypowiedziane w Ogrójcu: „Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”  – były regułą całego życia Zbawiciela, a dla nas są przykładem do naśladowania. Jezus nie tylko poddał się we wszystkim woli Ojca, ale był posłuszny nawet stworzeniom, a przede wszystkim posłuszny był swojej Matce Maryi i swemu opiekunowi Józefowi. Św. Łukasz zapisał w Ewangelii, że dwunastoletni Jezus, wróciwszy z Jerozolimy do Nazaretu, był Maryi i Józefowi poddany. Św. Łukasz wiedział o tym od samej Maryi, Matki Zbawiciela. Opisał więc posłuszeństwo jako cechę najbardziej charakterystyczną dla Jezusa, którą najwięcej Maryja podziwiała. W Nazarecie Jezus dobrowolnie spełniał rozkazy dwojga osób, które – chociaż święte – jednak były tylko ludźmi, a On był Synem Bożym. Jezus był posłuszny nie tylko swej świętej Matce i Opiekunowi. Spełniał także polecenia prześladowców, pozwolił się związać w Ogrójcu i prowadzić od kapłana Annasza do Kajfasza, od Piłata do Heroda. Chrystus przyznaje Piłatowi, że ma nad Nim władzę; przypomina mu jednak, że władza ta z góry jest mu dana. Jezus posłuszny był katom, którzy Go krzyżowali. Ostatnie słowa Zbawiciela: „Wykonało się” – miały oznaczać, że wypełniona została wola Boża. Jezus swoim własnym przykładem uczy nas posłuszeństwa. Posłuszeństwo obowiązuje wszystkich ludzi, od małego dziecka do papieża, bo i on musi być poddany pewnym prawom i regulaminowi państwa watykańskiego. Posłuszeństwo jest warunkiem porządku społecznego. Opiera się ono na czwartym przykazaniu. Jeżeli w jakiejś maszynie wszystkie kółka spełniają wyznaczone im zadanie, wówczas cała maszyna funkcjonuje dobrze. Jeśli nie – następuje awaria i maszyna przestaje działać. Podobnie w społeczeństwie wtedy jest porządek, kiedy każdy spełnia, co do niego należy. Posłuszeństwo jest jednym z trzech ślubów zakonnych. Członkowie zakonów wierni obowiązującemu regulaminowi są pewni, że w każdej chwili spełniają wolę Bożą. Również my, katolicy świeccy, dobrze postąpimy, jeśli ułożymy sobie jakiś regulamin życia i regulamin każdego dnia. Trzymanie się tego regulaminu, bez ulegania chwilowym kaprysom, a więc posłuszeństwo raz przyjętym normom będzie naśladowaniem Chrystusa posłusznego Ojcu aż do śmierci.

Serce Jezusa, włócznią przebite
Chrystus został przybity do krzyża w piątek. Był to dzień przygotowania do Paschy, największego święta w Starym Testamencie. Według przepisów żydowskich niedopuszczalne było na tak wielkie święta zostawić ciała umarłych niepogrzebane. To też Żydzi żądali od Piłata, żeby kazał połamać golenie konających na krzyżach skazańców i spowodować w ten sposób ich natychmiastową śmierć. Takie łamanie kości sprawiało dodatkowy ból. Żydzi zapewne chętnie doświadczyliby Jezusa taką męką. Przysłani przez Piłata żołnierze połamali golenie obu łotrów, którzy jeszcze żyli, zobaczywszy natomiast, że Pan Jezus już umarł, zaniechali tej zbrodni. Opowiadając o tym św. Jan Ewangelista zauważa, że w ten sposób wypełniło się proroctwo: „Kości Jego nie będą łamane”. Św. Jan dodaje, że zamiast tego „jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda”. Ewangelista zanotował ten fakt, jako naoczny świadek: „Zaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. […] Stało się tak bowiem, aby się wypełniło Pismo: […] „Będą patrzeć na Tego, którego przebodli”. To przebicie Serca Chrystusa było konieczne dlatego, żeby nie została najmniejsza wątpliwość, iż Chrystus istotnie umarł. Dla nas, chrześcijan, przebite Serce Chrystusa to symbol najwyższej Jego miłości i poświęcenia. W oficjum brewiarzowym czytamy: „Twoje serce zostało zranione, abyśmy patrząc na ranę widzialną, dostrzegli niewidzialną ranę miłości. Rana cielesna wskazuje na ranę duchową”. Wylana krew świadczy o zupełnym wyniszczeniu ofiary. Nawiązuje ona do krwawych ofiar w Starym Testamencie. Bez tego wylania krwi ofiara Chrystusa byłaby niepełna. Pan Jezus ukazywał się różnym wybranym świętym z widocznym na piersiach Sercem, aby wzbudzić uczucia miłości i wdzięczności, aby poruszyć serca grzeszników, a także skłonić nas do zadośćuczynienia. Chrystus oznajmił, że chce być czczony w takim właśnie obrazie. Do św. Małgorzaty Marii powiedział: „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że niczego nie zaniedbało, aby im okazać swoją miłość. Lecz w zamian za to otrzymuje przeważnie niewdzięczność, pogardę, zniewagi, świętokradztwo i oziębłość”. Nasz Zbawiciel bardzo wyraźnie podkreślił, czego od nas oczekuje: miłości i zadośćuczynienia; wskazał, w jaki sposób możemy najlepiej zadośćuczynić za grzechy świata. Przede wszystkim: częsta Komunia święta, zwłaszcza w pierwszy piątek miesiąca, z kolei uczestnictwo we Mszy świętej ofiarowanej na zadośćuczynienie za zniewagi, jakie cierpi Jezus w Najświętszym Sakramencie; Godzina święta w pierwszy czwartek miesiąca, odprawiona w kościele na wspólnym nabożeństwie lub indywidualnie, a wreszcie apostolstwo. Powinniśmy, o ile możności, przeszkadzać grzechowi, sprzeciwiać się złu w naszym najbliższym otoczeniu. Oprócz wymienionych sposobów wynagrodzenia Najświętszemu Sercu mamy wszyscy codziennie dużo okazji, aby cierpliwie znosić jakieś przeciwności czy chorobę; aby czegoś sobie odmówić lub przyjąć małe umartwienia. Te wszystkie drobne dobre uczynki możemy ofiarowywać na zadośćuczynienie Boskiemu Sercu za grzechy popełniane nieustannie w świecie. Nie pogardzi nimi Chrystus. Będzie je mógł przeznaczyć dla ratowania od zguby wielu dusz, zagrożonych wiecznym potępieniem. Pomagajmy Chrystusowi zbawiać dusze.

Serce Jezusa, źródło wszelkiej pocie­chy
Nie bez racji po wezwaniach do Serca Jezusowego upokorzonego, cierpiącego i przebitego włócznią – następuje wezwanie, które określa Serce Jezusa źródłem wszelkiej pociechy. Wezwanie to przypomina nam słowa św. Pawła: „Błogosławiony Bóg i Ojciec Pana naszego Jezusa Chrystusa, Ojciec miłosierdzia i Bóg wszelkiej pociechy, Ten, który nas pociesza w każdym naszym utrapieniu, byśmy sami mogli pocieszać tych, co są w jakiejkolwiek udręce”. Wszyscy potrzebujemy pociechy, ponieważ wszyscy na tym świecie mamy większe czy mniejsze zmartwienia. „Wojowaniem jest życie człowieka” – powiedział w zamierzchłych czasach cierpliwy Job. Dzisiaj również życie jest ciągłą walką. Różne gnębią nas cierpienia: fizyczne – choroby, zmęczenie, głód, zimno; duchowe – upokorzenia, pokusy, wątpliwości, nienawiść ze strony naszych bliźnich, strach przed śmiercią… Potrzebujemy więc pociechy dającej nam trochę radości, która byłaby olejem podtrzymującym płomień lampy naszego życia. Wielu szuka tego pokrzepienia w zabawach, alkoholu, narkotykach, zmysłowości, czyli po prostu w grzechu. Doświadczają takiej pociechy, jak ten, który mając pragnienie, pije słoną wodę. Niekiedy próbujemy szukać ukojenia u ludzi. Czy jednak często udaje nam się spotkać człowieka dobrego, życzliwego i zarazem mądrego? Ile razy natrafiamy na fałszywego przyjaciela, który obarczy nas ciężarem własnego krzyża, albo na człowieka obłudnego, pragnącego pocieszać nas komplementami, które na nic nam się nie przydadzą? Jedyną prawdziwą pociechę możemy znaleźć w Najświętszym Sercu Pana Jezusa. Sam przecież powiedział; „Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. Jezus dał św. Małgorzacie obietnicę: „Będę pociechą dla wszystkich dusz mających nabożeństwo do mojego Serca”. Gdy w jakimkolwiek smutku lub udręczeniu zwrócimy się do naszego Zbawiciela i uświadomimy sobie Jego miłość, to w duszy usłyszymy Jego głos: „Kocham cię, jestem z tobą i pragnę twego dobra”. Wtedy trudności nasze tracą swoją ostrość, a do duszy wraca spokój i odwaga do dalszego znoszenia ciężkiego nieraz losu. Jezus może być naszym prawdziwym przyjacielem, ponieważ zna smak cierpienia i współczuje człowiekowi cierpiącemu. W Liście do Hebrajczyków czytamy: „Nic takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu. Przybliżmy się więc z ufnością do tronu łaski, abyśmy otrzymali miłosierdzie i znaleźli łaskę dla [uzyskania] pomocy w stosownej chwili”. Jezus zna wszelkie nędze ludzkie, nie tylko z czasów swego życia ziemskiego. On je widzi zawsze. Chwała, która Go Otacza, nie uczyniła Jego Serca nieczułym. Ono jest zawsze to samo. „Nie zostawię was sierotami” – powiedział. Został z nami w Najświętszym Sakramencie, abyśmy Go nie musieli szukać daleko w niebie. W Eucharystii mamy więc, to Serce, któremu możemy powierzyć nasze smutki i doznać pocieszenia. Jezus z tabernakulum otacza każdego z nas miłością i towarzyszy nam na wszystkich drogach naszego życia. Ile siły i otuchy wlewa w nasze serca świadomość, że Jezus jest tutaj w tej konsekrowanej Hostii. On, który zna nasze trudności i smutki, znajdzie skuteczny sposób, aby nas pocieszyć. W Komunii świętej Jezus przychodzi do naszej duszy. Nie mamy więc powodu, aby zazdrościć św. Janowi, że mógł oprzeć głowę na piersi Zbawiciela. Gdybyśmy mieli taką wiarę, jaką mieli święci, wówczas świadomość, że Jezus jest z nami, rozproszyłaby wszystkie nasze smutki. Ustąpiłyby lęki, jak mrok przed wschodzącym słońcem.

Serce Jezusa, życie i zmartwych­wstanie nasze
Jezus jest naszym życiem. Jest On nie tylko początkiem i przyczyną naszego życia duchowego, nie tylko naszym Boskim gościem, który przychodzi, aby nas odwiedzić; On przychodzi, aby na stałe pozostać w naszej duszy. Chrystus chce w niej żyć i działać, abyśmy mogli żyć Jego życiem. Jezus powiedział: „Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – jeśli nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami”. Jakie wspaniałe horyzonty zostały otwarte przed nami! Ta transfuzja życia Chrystusa w nasze życie to misterium nieskończonej Bożej miłości. Temat ten często jest podejmowany przez św. Pawła: „Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. […] Wy przeto jesteście Ciałem Chrystusa i poszczególnymi członkami” ; „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”. Paweł apostoł naucza więc, że z Chrystusem stanowimy jedno ciało. On jest Głową, a my członkami. Musimy być tego świadomi, nie możemy o tym zapominać, bo to wielka ofiarowana nam godność. Powinniśmy o tym często myśleć z miłością. Spełniajmy wszystkie nasze czynności w obecności Jezusa i na Jego cześć, a wówczas staniemy się jakby płótnem, na którym Boski Mistrz namaluje swój obraz. To właśnie znaczy prowadzić życie w zjednoczeniu z Chrystusem. Naszego Zbawiciela nazywamy także naszym zmartwychwstaniem. Tak się bowiem nazwał, zwracając się do Marty płaczącej przy grobie swego brata: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Zmartwychwstaniem umarłych, a życiem żyjących – dodaje św. Jan Chryzostom. Podobnie jak wskrzesił Łazarza, tak wskrzesi i nasze ciała przy końcu świata. Jezus jest przyczyną naszego zmartwychwstania, ponieważ wysłużył je swoją śmiercią. Pierwsze nasze zmartwychwstanie dokonuje się w sakramencie chrztu, w którym dusza otrzymuje prawdziwe życie nadprzyrodzone. Jest ono zadatkiem zmartwychwstania naszych ciał. Wtedy Duch Święty przychodzi, aby zamieszkać w nas. Duch zaś jest życiem. Drugie zmartwychwstanie dokonuje się w sakramencie pokuty. W każdym momencie, na wszystkich kontynentach naszej ziemi, dokonuje się tysiące zmartwychwstań bardziej zadziwiających niż zmartwychwstanie Łazarza. Zmartwychwstanie naszych ciał nastąpi dlatego, że jesteśmy członkami Mistycznego Ciała Chrystusa. Stanowimy z Chrystusem jedno ciało, którego On jest Głową, a my członkami. Ponieważ zmartwychwstała Głowa, muszą również zmartwychwstać i członki. „Czyż Chrystus jest podzielony?” – pyta św. Paweł w Liście do Koryntian. Do zmartwychwstania przygotowuje nas Zbawiciel przez Komunię świętą. Powiedział: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”. Stąd Sobór Nicejski nazywa Eucharystię symbolem zmartwychwstania. Zmartwychwstanie Chrystusa jest wzorem i zadatkiem naszego zmartwychwstania w przyszłość. Według św. Pawła powinniśmy naśladować Chrystusa zmartwychwstałego. A więc jak Jezus Chrystus wyszedł z grobu i do niego więcej nie wrócił, tak my, uzyskawszy życie duszy przez łaskę chrztu świętego i sakramentu pojednania, mamy się strzec powrotu do grzechu i unikać okazji do złego. I dalej: jak Chrystus po swoim zmartwychwstaniu już nie należał do świata, tak my powinniśmy być zwróceni myślą do Boga. Św. Paweł, nauczając Filipian, mówił: „Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie”.

Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze
W Starym Testamencie Mesjasz nazwany jest księciem pokoju. Nad szopką betlejemską aniołowie śpiewali: „…a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania”. Pokój jest jednym z najważniejszych dóbr człowieka. Ani bogactwa, ani godności, ani sława, ani nawet zdrowie nie dają szczęścia, jeśli człowiek na ma pokoju. Przede wszystkim potrzebny jest nam pokój z Bogiem, osiągalny przez sakrament pojednania. Jakże powinniśmy być wdzięczni Zbawicielowi, że swoją męką wysłużył ten sakrament, który w taki łatwy sposób przywraca nam spokój duszy. Czy bardzo sobie cenimy rozgrzeszenie otrzymane na spowiedzi? Może największą uwagę zwracamy na rozmowę z księdzem, a mniej na samo rozgrzeszenie, które jest istotą sakramentu. Pamiętajmy, aby wszystkie warunki tego sakramentu były dokładnie spełnione: żal za grzechy, postanowienie poprawy i zadośćuczynienie. Jezus daje nam pokój z samym sobą. Polega on na poddaniu się we wszystkim woli Bożej i panowaniu nad swoimi namiętnościami. To nie znaczy, że nasze życie ma być wolne od walk i trudności. Byłaby to iluzja. Na ziemi nie może być doskonałego pokoju. Taki pokój może istnieć tylko w niebie, gdzie będziemy już doskonale złączeni z Bogiem. Pokój, który przyniósł nam Jezus, nie jest pokojem człowieka śpiącego albo żołnierza uciekającego z pola walki. Pokój Chrystusowy osiągamy jest dla chrześcijanina, który walczy ze swoimi złymi skłonnościami i odnosi zwycięstwo nad pokusami ciała i ułudami tego świata. Pokój ten jest owocem czystego sumienia i zerwania z każdym grzechem. Jezus, Książę Pokoju, pragnie, aby pokój zapanował między ludźmi. Powiedział bowiem: „… pokój mój daję wam. Nie tak, jak daje świat. Ja wam daję”. Pokój bez Boga i bez miłości bliźniego nie może długo istnieć. Pokój bowiem jest udziałem ludzi dobrej woli. Międzynarodowe zjazdy i podpisywanie deklaracji pokojowych nie dają pewności trwałego pokoju, gdyż nie opierają się na Bogu i z Nim się nie liczą. Św. Łukasz Ewangelista podaje następujące zdarzenie z życia Zbawiciela: „Gdy [Jezus] był już blisko, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami”. Jerozolima nie poznała przychodzącego do niej Księcia Pokoju, odrzuciła orędzie pokojowe, które jej przyniósł. Nie wystarczy samemu tylko pokój zachować. Należy go szerzyć. Nie zapominajmy o tych słowach Pana: „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi”, czyli jako dzieci Boże cieszyć się będą miłością Ojca. W Paray-le-Monial Pan Jezus również obiecał napełnić pokojem tych, którzy będą szerzyć nabożeństwo do Jego Najświętszego Serca. Zasłużmy sobie na ten pokój i błogosławieństwo.

 


 

Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników

Jezus jest ofiarą, którą składają grzesznicy za swoje winy. Rzeczywistymi katami Jezusa były nasze grzechy. A więc my byliśmy przyczyną Jego męki; my przybiliśmy Go do krzyża. Każdy grzech wniósł swoją część do cierpień Chrystusa i przyczynił się do zranienia Jego Serca. Serce Jezusa jest zatem nadal ofiarą składaną przez grzeszników i będzie nią aż do skończenia świata, ponieważ każdy grzech rani Je na nowo. Chociaż obecnie Jezus nie cierpi już tak, jak cierpiał na krzyżu, to upokorzenia, jakich doznaje w Najświętszym Sakramencie, związał tak ściśle ze swą bolesną męką, że gdy ukazuje się niektórym świętym, to prawie zawsze jako cierpiący, wśród narzędzi swej męki, ze słowami pełnymi smutku. Tak ukazywał się Chrystus św. Małgorzacie Marii, bł. Anieli z Foligno, i siostrze Benignie Ferrero – prosił o zadośćuczynienie za wyrządzone zniewagi. We wszystkich religiach składane są ofiary. W Starym Testamencie składano Bogu ofiary z płodów rolnych i zwierząt. Ofiara była zawsze głównym i najistotniejszym aktem kultu. Polegała ona na oddaniu Bogu jakiejś rzeczy poprzez zniszczenie lub spalenie. Ofiarujący, przedstawiciel społeczności – kapłan – mówił niejako: „Boże, Ty jesteś Panem wszystkich rzeczy i wszystkich stworzeń. Ty masz nad nami prawo życia i śmierci. Ponieważ przez grzechy zawiniliśmy i zasłużyliśmy na śmierć, powinniśmy być zniszczeni dla zadośćuczynienia Twojemu majestatowi. Ty jednak tego nie wymagasz, więc przynajmniej zabijamy i spalamy to zwierzę, które nas przedstawia”. Jednak Bóg powiedział przez proroka Malachiasza, że nie ma upodobania w ofiarach składanych przez naród izraelski. Miały one tylko to znaczenie, że były figurą wielkiej, prawdziwej ofiary, która będzie Bogu złożona w przyszłości.
Aby złożyć Bogu Ojcu taką doskonałą ofiarę, jednorodzony Syn Boży stał się człowiekiem, przyjął ciało i duszę ludzką i ofiarował za nas swe życie na Kalwarii. Była to ofiara doskonała, którą Ojciec niebieski przyjął. Chrystus był w niej kapłanem i ofiarą zarazem. Ofiara ta zgładziła nasze grzechy, więc Chrystus stał się ofiarą grzeszników. „… a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu”. Chrystus był ofiarą nie tylko dla współczesnych sobie ludzi, ale dla wszystkich pokoleń i po wszystkie czasy, a więc dla nas także. Czy my mamy uważać tę ofiarę za coś bardzo odległego?. Chrystus pragnie, aby uczestniczyły w Jego ofierze wszystkie pokolenia. Stąd Zbawiciel w swojej niepojętej miłości, mądrości i wszechmocy znalazł sposób, aby swoją ofiarę uczynić obecną we wszystkich czasach i na wszystkich miejscach. Ustanowił Mszę świętą, abyśmy przez nią uczestniczyli w Jego ofierze nie mniej prawdziwie niż Matka Boża, św. Magdalena, św. Jan i pobożne niewiasty, które znajdowały się na Kalwarii, gdy Chrystus na krzyżu umierał. Msza święta jest więc uobecnieniem ofiary Chrystusa – to najważniejsze wydarzenie na naszej planecie. Powtarza się ona każdego dnia z całym bogactwem łask, tak jak za pierwszym razem na Kalwarii. Korzystajmy z niej z wielką miłością i wdzięcznością.

Serce Jezusa, zbawienie ufających, w Tobie
Jakże miłe jest to wezwanie dla naszych serc. Ono otwiera przed nami wspaniałe horyzonty wiecznego szczęścia. Kto zawierzy Chrystusowi, nie będzie zawstydzony na wieki i będzie zbawiony. Zbawienie dusz naszych – oto, czym jesteśmy najwięcej zainteresowani. Jest to jedyne dobro konieczne, wobec którego wszystkie inne dobra nie mają znaczenia. Czy je osiągniemy? Na pewno, jeśli zaufamy Zbawicielowi. Nadzieja jest jedną z trzech cnót, które nazywamy teologicznymi, a bez których chrześcijanin nie może być zbawiony. Nadzieja ma bardzo wielkie znaczenie dla nas, biednych grzeszników pielgrzymujących przez trudne drogi życia doczesnego. Jest ona gwiazdą, która dodaje nam odwagi i prowadzi do dalekiej ojczyzny niebieskiej. Jakże ciężkie byłoby nasze życie, gdybyśmy nie mieli nadziei, że otrzymamy kiedyś od Boga nagrodę w niebie! Gdybyśmy nie mieli pewności, że przez uczciwe życie i dobre uczynki możemy sobie na tę nagrodę zasłużyć. Gdybyśmy, chodząc po tej ziemi, nie mogli ufnymi oczami patrzeć w niebo.
Kiedy pomyślimy o Bogu, pierwszym uczuciem, jakie nam się narzuca, jest, że Bóg to wielkość, potęga, wszechmoc. W porównaniu z Bogiem jesteśmy bardzo mali. Bóg jest wszystkim, a my niczym. Stąd spontanicznie rodzi się lęk. Bóg jednak pragnie, abyśmy Go przede wszystkim miłowali, aby miłość przeważała nad bojaźnią. Dlatego nakazał nam mieć w Nim nadzieję. W Piśmie Świętym Starego Testamentu bardzo często spotykamy się z pięknymi wypowiedziami na temat nadziei i ufności. „On [Bóg] jedynie opoką i zbawieniem moim, twierdzą moją, więc się nie zachwieję. […] Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja” – mówi psalmista. W Nowym Testamencie Św. Paweł w Liście do Rzymian pisze: „A nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany”. A w Liście do Tymoteusza wyjaśnia: „… trudzimy się i walczymy, ponieważ złożyliśmy nadzieję w Bogu żywym”. Nasza nadzieja opiera się na niewzruszonym fundamencie bo na obietnicy Boga, który jest wiemy swojemu słowo Bóg jest wszechmocny, a przy tym pełen miłości, więc chce i z łatwością może spełnić to, co obiecuje. Każdy z nas może powiedzieć: Jezus jest cały mój. On za mnie umarł i dał mi wszystko, jakbym ja sam tylko był na świecie. Jezus nie tylko na krzyżu myślał o mnie, ale i teraz w niebie myśli o mnie i troszczy się o moje dobro. Chociaż istnieją miliardy dusz, Najświętsze Serce może objąć wszystkich. Nie jestem zatem atomem zagubionym w oceanie tego świata. Mam Zbawiciela, który mnie kocha i zna mnie osobiście, który mi towarzyszy wszędzie z miłością i stale mną się opiekuje. Cóż więcej mógł uczynić nasz drogi Zbawiciel, aby nas skłonić do uwierzenia w Jego miłość, do zaufania Mu? Brak nadziei i ufności jest niegodnym afrontem dla Zbawiciela. Czyż Jego Serce mogłoby być nieczułe na głos naszego serca, które prosi o potrzebną pomoc do zbawienia? Miejmy nieograniczoną ufność i niezachwianą nadzieję w miłującym Sercu naszego Zbawcy. „Nie mam żadnej obawy – mówi jeden z czcicieli Bożego Serca – choćby mnie miały spotkać ciężkie próby. Wszystko jest znane i przewidziane przez to Serce, które mnie kocha więcej niż najlepszy z ojców. On zna słabość moich barków. Jestem pewny, te nie obarczy mnie tak ciężkim krzyżem, którego bym nie mógł unieść. On swoją łaską zawsze pomoże mi przezwyciężyć wszystkie trudności. Drogi mój Zbawicielu, oddaję się całkowicie twojemu Boskiemu Sercu. Czyń ze mną, co zechcesz.

Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających
Wezwanie to jest jakby echem słów św. Jana: „Błogosławieni umierający, którzy w Panu umierają”. Kiedyż więcej potrzebuje człowiek otuchy, jeśli nie w godzinie śmierci? W tych krytycznych chwilach jedyną i pewną naszą nadzieją jest Najświętsze Serce Jezusa. Niewątpliwie każdy człowiek odczuwa instynktowny lęk przed śmiercią, która kładzie kres naszemu życiu na ziemi. Nie ma w tym nic dziwnego. Bo przecież śmierć nie jest dziełem Boga, ale wynikiem grzechu. Myśl o śmierci napawa człowieka strachem głównie dlatego, że jest początkiem innego żyda, a my nie jesteśmy pewni, co ono nam przyniesie. Zdarza się, że niektórzy ludzie nie boją się śmierci, a nawet jej pragną. Trzeba powiedzieć, że jak nie wszystkie obawy przed śmiercią są słuszne, tak nie zawsze pragnienie śmierci jest mądre i uzasadnione. Jeśli ktoś pragnie śmierci, ponieważ jest już znudzony życiem, to u chrześcijan nie można tego pochwalić. Niektórzy poganie tak bardzo byli znudzeni życiem, że popełniali samobójstwo, a ich przyjaciele uważali ten czyn za rozsądny. Oczywiście, tak mogli myśleć i postępować tylko ludzie przekonani, że śmierć jest końcem życia człowieka. Dla nas śmierć nie jest końcem, nicością ani snem. Śmierć jest przebudzeniem do innego, prawdziwego życia w Bogu. Jeżeli natomiast ktoś pragnie śmierci, ponieważ długo już choruje i bardzo cierpi, a jest przy tym ciężarem dla rodziny, wtedy nie będzie nic złego w jego pragnieniu, jeśli ostatecznie zgadza się z wolą Bożą. Święci pragnęli śmierci, aby jak najprędzej spotkać się z Bogiem i kochać Go w niebie więcej, niż jest to możliwe na ziemi. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus umierając powiedziała z przejęciem słowo: „Kocham”. Było to jej ostatnie słowo na ziemi. Św. Andrzej apostoł na widok krzyża, do którego miał być przybity, pozdrowił go wołając: „O dobry krzyżu, krzyżu upragniony, oto nareszcie zostaną zaspokojone moje gorące pragnienia”. Święci mogli cieszyć się na zbliżającą się śmierć, ponieważ byli do niej przygotowani i jak apostoł Paweł mogli powiedzieć: „Dla mnie bowiem żyć – to Chrystus, a umrzeć to zysk”. Dla człowieka, który ufa Bogu, śmierć nie jest upiorem, ale przyjaciółką, owszem, matką – według słów Joba. Matką, która wprowadza do życia wiecznego, tak jak matka ziemską wprowadza dziecko w świat doczesny. Może nie bać się śmierci ten, kto ma nadzieję w Sercu Jezusa i w Nim umiera. Umierać w Sercu Jezusa to starać się żyć w łasce uświęcającej i mieć nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kto jest czcicielem Najświętszego Serca Jezusa, dozna od Niego w chwili śmierci szczególnej pociechy i umocnienia. Nie zwątpi w miłosierdzie Boże. Jezus powiedział w Jednym z objawień: „Dla moich czcicieli będę najbezpieczniejszą ucieczką w życiu, a zwłaszcza w godzinie śmierci”.

Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych
Najświętsze Serce Pana Jezusa jest nie tylko umocnieniem w naszym doczesnym życiu i nadzieją przy śmierci. Będzie ono także naszą rozkoszą w życiu przyszłym, przyczyną naszej chwały w niebie, tak jak na ziemi jest przyczyną wszystkich łask. Rozważaliśmy dotąd różne wezwania litanii, a więc Boskie pochodzenie naszego Zbawiciela i Jego życie w Trójcy Przenajświętszej, Jego wcielenie i tajemnice Jego życia na ziemi aż po śmierć i zmartwychwstanie. Podziwialiśmy Jego miłość i dary, jakimi obdarza ludzi. Musiało skończyć się ziemskie życie Zbawiciela; czekał na Niego Ojciec w niebie. Wniebowstąpienie! Jakiż to wspaniały tryumf naszego Pana! Tym wspanialszy, że wstąpił On do nieba zabierając ze sobą niezliczone rzesze świętych dusz, które w otchłani oczekiwały na swoje uwolnienie. Tego samego dnia rozpoczął się pochód z ziemi do nieba wielu członków Mistycznego Ciał a Jezusa, które są Jego własnością i Jego radością. Odtąd Jezus jest kochany i adorowany przez wszystkich zbawionych i już na zawsze będzie rozkoszą wszystkich świętych. Jeden promień oblicza Chrystusa jaśniejącego na górze Tabor wystarczył, aby trzej apostołowie prawie od zmysłów odeszli, tak że św. Piotr nie chciał już wracać na ziemię. Św. Teresa z Avila miała szczęście ujrzeć w zachwycie człowieczeństwo Chrystusa. Oczywiście, nie mogła Go widzieć w całym Jego majestacie, bo nikt ze śmiertelnych nie jest zdolny być odbiorcą takiego widzenia. Święta urzeczona była cudownym blaskiem bijącym w postaci Chrystusa. Mówiła, że w porównaniu z tym blaskiem – promienie słońca tracą wszelką siłę.
Bł. Aniela z Foligno widziała Chrystusa ze stygmatami na rękach, opromienionego dziwnym światłem. „Od tego czasu – mówiła – doświadczam ogromnej radości na wspomnienie tego subtelnego światła, w którym widziałam sekret łączności naszego ciała z Bogiem. Widzę jeszcze tę rękę ze śladem gwoździa, którą mi pokazał Zbawiciel, mówiąc: „0to, ile cierpiałem dla ciebie”. Jakież to będzie wspaniałe oglądać w niebie Jezusa promieniującego chwałą. Będziemy tam mogli kontemplować Jego nieskończoną miłość”. Gdy Błogosławiona oderwała na chwilę oczy od Jezusa i spojrzała na aniołów, nie zrobili oni na niej wielkiego wrażenia, gdyż całe ich piękno było ukryte w Chrystusie i od Niego pochodziło. „Moje oczy – wspominała – pochłonięte były najwyższą radością i prawie nie dostrzegały stworzeń”. Św. Franciszkowi z Asyżu dane było słyszeć pieśń uwielbienia, śpiewaną przez aniołów. Na głos melodii Święty wpadł w ekstazę. Jakąż rozkoszą będzie słyszeć takie pieśni przez nieskończone wieki? Jaką radością poznać głos samego Jezusa? Szczególną radością dla zbawionych będzie oglądanie Boskiego Serca Zbawiciela, pełnego miłości dla ludzi, dla każdego z nas. Dziś czujemy się niegodni, aby zajmować choćby najmniejsze miejsce w Jego Sercu. W niebie zobaczymy wszystkie okoliczności naszego ziemskiego życia, także te, które wydawały się nam bez znaczenia, a które natchnione były nieskończoną miłością. Wtedy nasze małe ludzkie serce porwane będzie niewysłowioną radością i zanurzy się w bezmiarze Bożej miłości jak kropla wody w oceanie. Zrozumiemy, że Boskie Serce było dla nas przyczyną i źródłem łaski i wszelkiego dobra. Najświętsze Serce Jezusa jest życiem naszym i bierze udział we wszystkich naszych sprawach. Jaką radością będzie dziękować Mu przez całą wieczność! Najświętsze Serce Jezusa, rozkoszy aniołów i świętych, wierzymy, że będziesz również naszym szczęściem w wieczności. Pociągnij nas do siebie i spraw, żebyśmy na tej ziemi nie w ludziach i rzeczach szukali ukojenia, ale jedynie w Tobie.

Msze Święte
MSZE ŚWIĘTE - OKRES LETNI: NIEDZIELA 7.00 / 9.30 / 11.30 / 16.00
W TYGODNIU 7.00 / 18.00

MSZE ŚWIĘTE - OKRES ZIMOWY:
NIEDZIELA 8.00 / 9.30 / 11.30 / 16.00
W TYGODNIU 7.00 / 17.00

Spowiedź codziennie 15 minut przed każdą Mszą św.
Kancelaria parafialna
godziny urzędowania:

od poniedziałku do soboty
OKRES LETNI:
7.30 - 8.00 oraz od 17.15 - 17.45

OKRES ZIMOWY:
7.30 - 8.00 oraz od 16.15 - 16.45

Numer konta:
63 8276 0003 2000 0000 1238 0001
Licznik odwiedzin
76966
Visit Today : 13
Visit Yesterday : 139
This Month : 3467
This Year : 28614
Total Visit : 76966